POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 2 (3093) z dnia 2017-01-11; s. 36-37

Społeczeństwo

Marek Ledwosiński

Jak ugryźć milion złotych

Kobieta pogryziona przez psy pozywa do sądu gminę, na terenie której doszło do wypadku. Chce renty i olbrzymiego zadośćuczynienia.

Znała te psy z widzenia. Codzienna trasa spacerów wiodła przez Nową Wieś, wzdłuż siatki, za którą biegały. A teraz stały na drodze. Trzy, średniej wielkości. Podeszły. Nie interesował ich wózek z niemowlakiem. Metodycznie obwąchały buty, zawarczały. Kobieta wiedziała, że nie może robić gwałtownych ruchów, więc praktycznie zamarła. A jednak zaatakowały. Gryzły po nogach. Nie uciekała, nie przeganiała psów, bo bała się, że mogą wybrać łatwiejszy cel – dziewięciomiesięczne dziecko. Wreszcie przewróciły ją i zaczęły zjadać. Nie pamięta, kiedy nadbiegł mężczyzna, właściciel psów. Zabrał zwierzęta, wezwał pogotowie. Córeczka wyszła z opresji bez szwanku.

Bez zawieszenia

Od wypadku w Nowej Wsi pod Włocławkiem minęły dwa lata. Właśnie zapadł prawomocny wyrok. Sąd Rejonowy we Włocławku uznał, że właściciel psów niewłaściwie zabezpieczył podwórko, po którym biegały psy. Zwierzęta znalazły dziurę w płocie, wybiegły na drogę i napadły na kobietę. W ten sposób, w ocenie sądu, mężczyzna, działając nieumyślnie, spowodował u ofiary ciężki uszczerbek na zdrowiu. Opis tego przestępstwa, zawarty w art. 156 par. 2 Kodeksu karnego, niemal wiernie oddaje to, co wydarzyło się na wiejskiej drodze: ciężkie kalectwo, trwała niezdolność do pracy, długotrwała choroba realnie zagrażająca życiu, istotne zeszpecenie ciała. Maksymalna kara to trzy lata więzienia. Sąd pierwszej instancji wymierzył osiem miesięcy. Nakazał też, by właściciel psów wypłacił kobiecie 5 tys. zł tytułem częściowego naprawienia szkody. To istotne, że sąd nie zawiesił wykonania kary. Sprawca miał iść za kraty.

Od wyroku odwołały się obie strony. Pełnomocnik pokąsanej wniósł o to, aby sąd uznał, że sprawca działał umyślnie. Jeśli tak, to niech kara wzrośnie do dwóch lat więzienia. Zażądał też podniesienia do 10 tys. zł kwoty częściowego naprawienia szkody. Adwokat właściciela psów nie upierał się, że jego klient jest niewinny. Chciał jedynie, aby sąd na czas próby zawiesił odsiadkę. Sąd Okręgowy we Włocławku kwotę na naprawę szkody podwyższył do 10 tys. Reszty wniosków nie uwzględnił. Wyrok jest prawomocny. Sprawca idzie do więzienia.

Taka kara za atak psów to w Polsce rzadkość. Sądy najczęściej zawieszają jej wykonanie. Reszty dopełnia wysoka dolegliwość finansowa.

Pogryziona poskarżyła się także cywilnie. Żąda jednak zadośćuczynienia nie tylko od właściciela psów, ale także od Urzędu Gminy Włocławek. Prawnicy włocławianki twierdzą, że winę za wypadek ponosi również gmina, bo samorząd nie skorzystał ze swoich uprawnień i nie odebrał w porę psów właścicielowi. Zdaniem adwokatów był to obowiązek wójta.

Mecenasi wyliczyli odszkodowanie za atak psów na milion złotych. Co do zasady zadośćuczynienie powinno materialnie kompensować wszelkie krzywdy fizyczne i psychiczne, wszystkie szkody niemajątkowe, wywołane zabronionym czynem. Jego wysokość nie może być uzależniona wyłącznie od stopnia uszczerbku na zdrowiu – musi uwzględniać i rekompensować zmianę jakości życia skrzywdzonej osoby. Powinna też odnieść się do czasu trwania złych skutków.

Rzecz kolejna to renta. Pięć tysięcy złotych miesięcznie. Niemal dwa razy tyle, ile kobieta zarabiała przed wypadkiem, który pozbawił ją pracy. A to stąd, że jej wysokość ma uwzględniać kwoty, jakie pójdą na rehabilitację. Ponieważ poszkodowana najprawdopodobniej zdolności do pracy nie odzyska – może to być renta dożywotnia.

Uszczerbek ciężki

Pogryziona w chwili wypadku miała 40 lat, jest matką trojga dzieci. Po wypadku zorganizowano dla niej zbiórkę krwi – w Nowej Wsi stanął specjalny autobus. Pielęgniarki ze szpitala we Włocławku, gdzie odwieziono kobietę, mówiły krótko: masakra.

Medyczne raporty budzą grozę. Rozległe rany kąsane całego ciała, oskórowane uda i pośladki, pocięte ścięgna, wyżarte mięśnie, wstrząs urazowo-krwotoczny. Obrażenia realnie zagrażały życiu.

Medycy przegonili śmierć. Potem rozpoczęli batalię o uratowanie nogi. Z powodzeniem. Ranną przejął wówczas specjalistyczny szpital w Bydgoszczy. Ruszyła kilkunastomiesięczna seria operacji rekonstrukcyjnych. Sztukowanie mięśni i ścięgien, przeszczepy skóry, a nawet tkanki tłuszczowej. Na koniec rehabilitacja, która trwa do dzisiaj. Leczenie nie zakończyło się sukcesem. Pacjentka dopiero niedawno wstała z wózka. Lekarze rokują, że młoda kobieta nie przebiegnie choćby kilku metrów, nie stanie na palcach, nie może kucać, prawdopodobnie zawsze będzie kuleć. Wypadek naruszył też zdrowie psychiczne. Pacjentka ma objawy stałego stresu pourazowego. Przyjmuje leki i musi korzystać z psychoterapii. Do tego trwałe oszpecenie praktycznie całego ciała. Z najświeższej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]