POLITYKA

środa, 18 października 2017

Polityka - nr 38 (3128) z dnia 2017-09-20; s. 28-30

Społeczeństwo

Juliusz Ćwieluch

Jak zajeździliśmy Europę

Wizerunek polskiego tirowca jest fatalny. Niestety, piarowa kontrofensywa branży załamała się po aresztowaniu wiceprezesa związku transportowców.

Polskie firmy transportowe to postrach Unii Europejskiej. Dosłownie i w przenośni, bo Polacy zdominowali transport na terenie Unii. Prawie 25 proc. przewozów międzynarodowych opiera się na polskich firmach. Kolejne kilka procent wykręcają kierowcy, którzy jeżdżą dla zachodnich firm. Polska ma najnowocześniejszą flotę samochodową, realizuje najtrudniejsze zamówienia, ma najlepsze terminy i stawki. I w tym momencie przymiotniki właściwie się kończą, bo branża nie zawsze gra czysto. Jazda na lewym paliwie, fałszowanie tachografów, niewypłacanie świadczeń, przekazywanie pensji pod stołem, korzystanie z lewych serwisów, nieuczciwa konkurencja, jazda pod wpływem alkoholu. Lista zarzutów jest długa.

Pierwszym samochodem pana Stanisława był star 28. Jeździł na nim równo 10 lat, dlatego trzeba mówić do niego głośno, bo fabryka miała kłopot z taśmą do wyciszania kabin. Z badań wyszło, że hałas w szoferce dochodził do 85 decybeli, ale o tym to pan Stanisław wyczytał po latach w książce. Wtedy mu to jakoś nie przeszkadzało. Ze stara została mu jeszcze słabość do proporczyków, bo w szoferce nie miał osłon przeciw słońcu. Jeździ z nimi do dziś, z tym że wiszą na tyle kabiny po tym, jak mu Niemiec przywalił 50 marek mandatu za te ozdoby.

Pierwsze lata zawodowe pan Stanisław wypracował w PTHW (Przedsiębiorstwo Transportu Handlu Wewnętrznego), o którym mówi, że to jego uniwersytet. Poznał prawa fizyki, miał duży kontakt z chemią. Prawa fizyki opierają się na tym, że jeżeli szyjkę butelki podda się intensywnemu działaniu sznurka, to po szybkim włożeniu takiej butelki do wiadra z zimną wodą szyjka odpadnie. Taka szyjka z nienaruszonym kapslem księgowana była jako ubytek. Na dobrym kursie z ubytków można było uzbierać wiadro wódki. I wtedy mogły się zacząć zajęcia z chemii.

W szkole tej nauczył się również podstaw księgowości, co skutkowało tym, że co tydzień sprzedawał przynajmniej kanister lewego paliwa. Kiedy cały naród nie miał co palić, on miał najdłuższe palenie świata. Z fabryki w Radomiu woził papierosy i na każdym kursie brał od wspólników kilo lewych papierosów przed pocięciem. Długie na pół metra fajki przyklejało się do koca, który rozkładał na siedzeniu, a papierosy zwisały sobie spokojnie z tyłu tak, że niejedną kontrolę przeszedł, a nigdy nic u niego nie znaleźli. Jak już otrzaskał się z życiem i polskimi drogami, zamarzyło mu się przejść do PKS, bo tam były prawdziwe pieniądze. Znów na boku, ale takie, że nawet pensji nie odbierał. Przed komunią ludzie błagali go na przykład o zegarki z Turcji.

Niestety, komunę szlag trafił i pan Stanisław musiał iść do prywaciarza, bo pekaesy padały jak grzyby po deszczu. Nowi szefowie byli dawnymi kolegami z branży i jeszcze lepszymi cwaniakami. Siedzieli na kierowcach jak sępy. Na początku lat 90. trudno było określić, co bardziej było zajeżdżone: sprzęt czy kierowcy. Pan Stanisław pierwsze kółko w tachografie wymienił, jak mu rysik wytarł w nim dziurę. A jakby nie kolejki na granicach, nie wiedziałby, co to znaczy sen. Na kierownicę odciśniętą na czole mówiło się wśród kierowców: falbana.

Lat 90. Stanisław nie wspomina dobrze. Gdy wiózł drewno do lasu, czyli przewoził do Rosji linię technologiczną do produkcji wódki, dwa tygodnie na cle stali, bo w papierach był bałagan. Po tygodniu picia już się brali z kolegami do rozkładania tej linii na parkingu. Szczęście od Boga, że im w drodze powrotnej poprzebijali opony za niezapłacenie haraczu i szef już więcej nie puszczał ich na Rosję. Imienia szefa to już nawet nie pamięta, bo tyle tych firm było. Woził wszystko. Zwierząt tylko odmawiał, bo to raz, że smród, a dwa, że mięsa później przez miesiąc nie mógł tknąć.

Zawrotna kariera polskich firm transportowych na Zachodzie to w dużej mierze zasługa kierowców, na których kręgosłupach wyrosły transportowe potęgi. Ludzi, którzy za kierownicą spędzali całe tygodnie. – Samochód przy maksymalnym wykorzystaniu może przejechać jakieś 12 tys. km miesięcznie. W Polsce rekordziści byli w stanie wykręcić nawet 20 tys. – mówi Leszek Luda, prezes Polskiej Unii Transportu. On sam do transportu wszedł na początku lat 90. i wspomina transformację z rozrzewnieniem. – W tamtych czasach przejazd płacony był jeszcze po staremu, w dwie strony. Litr paliwa kosztował 1,37 zł, a stawka za kilometr wynosiła 1,65 zł. Złote lata. Po prawie 25 latach średnia stawka liczona jest tylko w jedną stronę i waha się w okolicy od pół do jednego euro, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]