POLITYKA

Wtorek, 19 września 2017

Polityka - nr 46 (2629) z dnia 2007-11-17; s. 46-48

Rynek

Joanna Solska

Jan Vincent Uparty

Jacek Rostowski to w zasadzie jego pseudonim literacki. Najpoważniejszy kandydat na ministra finansów nazywa się Jan Vincent Rostowski i jest angielskim ekonomistą, uważanym na Zachodzie za wybitnego specjalistę od transformacji w Europie Środkowo-Wschodniej. Tam znają go o wiele lepiej niż tutaj.

Gdyby się nie zakochał, to jego zawodowe losy może potoczyłyby się inaczej. Wandę poznał w Londynie na początku lat 80. Oboje są urodzonymi w Anglii dziećmi polskich wojennych emigrantów. Ona, córka łączniczki z Powstania Warszawskiego, on – jedyny syn osobistego sekretarza Tomasza Arciszewskiego, premiera rządu polskiego na wychodźstwie. Domy – londyńskie mateczniki polskości.

W Polsce wybuchł właśnie stan wojenny, a Wanda współpracowała z podziemną Solidarnością. No i przez dziewczynę, obecnie żonę, Jan Vincent, zwany Jackiem, zaczął w Polsce bywać coraz częściej. Pora była najwyższa, bo po polsku, który jednak jest jego drugim językiem, zaczynał mówić coraz gorzej. Po kilku latach, zamiast bibuły dla Solidarności, woził już ekonomiczne analizy dla Leszka Balcerowicza.

Do Balcerowicza było mu znacznie bliżej niż do związków zawodowych, Rostowski jest przecież gruntownie wykształconym ekonomistą. – To mój uczeń – mówi prof. Stanisław Gomułka, u którego pisał pracę w London School of Economics. Studiował też w University of London. Za chudą pensję od rządu londyńskiego na wychodźstwie ojciec w życiu by Jacka tak nie wykształcił. Zdecydował się jednak na pracę w Służbie Kolonialnej, czyli takiej namiastce dyplomacji dla Anglików bez dobrych angielskich papierów – rodzina, prócz angielskiego, zachowała polskie obywatelstwo. Ta praca pozwalała mu kształcić syna na dobrych uczelniach na koszt angielskich podatników.

A wcześniej zapewniła chłopakowi egzotyczne dzieciństwo. Z ojcem, jako przedstawicielem Imperium Brytyjskiego, mieszkał Jacek m.in. w Kenii, na Mauritiusie i na Seszelach. Na tych ostatnich ojciec gasił nawet niepodległościowy bunt. Na Seszelach stary Rostowski przeżył więc swoje emigranckie Santo Domingo. Ale dzięki temu Jacek, gdy opowiada dziś o dzieciństwie, mówi magicznym językiem Márqueza – twierdzą przyjaciele. A lubi opowiadać. Na przykład historię chłopaka, którego zajęcie w rezydencji gubernatora polegało na wprawianiu w ruch wachlarzy.

Polskim przyjaciołom, często koczującym w jego londyńskim mieszkaniu, chętnie w latach 80. udzielał lekcji kapitalizmu. – Rzucaliśmy hasło „giełda”, a on mógł przez dwie godziny nawijać – wspomina Marta, dziennikarka. Lekcje były przystępne, ponieważ Jacek, w przeciwieństwie do Balcerowicza, który też tu koczował, nie znał chyba jeszcze wtedy polskiego branżowego języka ekonomicznego i mówił zwyczajnie.

Kiedy Rostowski przyjeżdżał do Polski, zamiast w hotelach, wolał nocować w kuchni przyjaciół. Stara się usilnie kontrolować wagę (kiedyś było go więcej – zapewniają znajomi), ale czasem w nocy nie wytrzymywał i pochłaniał homogenizowane serki waniliowe, pozbawiając dzieci gospodarzy śniadania. Bo serki trzeba było jeszcze wtedy zdobywać. Więc może przez te serki przyłożył rękę do reformy Balcerowicza.

W końcówce lat 80. dobrze osadzony w środowisku University of London Rostowski właśnie rozglądał się za stypendium dla Leszka. Kiedy okazało się, że z sukcesem, Balcerowicz już na stypendium do Londynu nie pojechał. Za to Rostowski niespodziewanie przyjechał do Polski na doradcę świeżo upieczonego wicepremiera. Znów zapłacili za to angielscy podatnicy, rząd Jej Królewskiej Mości utworzył bowiem Know How Fund i z jego środków opłacani byli zagraniczni doradcy, którzy tłumnie zjechali wtedy do zmieniającej się Polski. Rodacy przyglądali im się nieufnie i nazywali brygadami Marriotta. To był jedyny wtedy porządny hotel w Warszawie, więc wszyscy tam kwaterowali. Obok Jacka Rostowskiego za pieniądze z Know How Fund polskiemu ministrowi finansów doradzał też prof. Stanisław Gomułka.

Rostowski jest z Balcerowiczem do końca jego pobytu w Ministerstwie Finansów, także wtedy, gdy premierem zostaje Jan Krzysztof Bielecki. To pierwsza osoba, która wprowadzi go w środowisko Kongresu Liberalno-Demokratycznego, a obecnie Platformy Obywatelskiej. Ale dla Bieleckiego Rostowski staje się ważny później, gdy już przestaje być szefem rządu i wyjeżdża do Londynu do pracy w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju. Bielecki, usilnie pozbywający się swego polonocentryzmu, coraz bardziej ceni w Rostowskim to, że ten nie ma go wcale. Że dla niego Polska, choć tak ważna, jest tylko częścią większej całości. Tej cechy naszym politykom bardzo brakuje. Stąd ich kompleksy prowincjuszy.

Dopiero w Londynie były premier i obecny kandydat na ministra naprawdę dobrze się poznają. Stamtąd też lepiej widać, ile Rostowski jest wart dla Europy i jaką z tego korzyść może odnieść Polska. Łącznie z faktem, że w angielskim klubie dla gentlemanów też jest u siebie. A na nieformalnych spotkaniach, na przykład europejskich ministrów finansów, przy whisky załatwić można sporo. Zyta Gilowska wyjazdów zagranicznych unikała.

Chociaż cały czas blisko Balcerowicza, Rostowski różni się od większości jego bliskich współpracowników. To młodzi naukowcy, ich relacje ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]