Czwartek, 17 maja 2012
Jak to się dzieje, że decyzja zbiorowiska ludzi jest z reguły trafniejsza niż decyzje najmądrzejszych osób, które są jego członkami? Nie bez powodu mówimy wszak o zbiorowej mądrości.
Narzekania na demokrację mają historię równie zamierzchłą jak sama jej idea. Narzekania niczego jednak nie załatwią, toteż James Fishkin, politolog z Teksasu, obecnie profesor Stanford University, postanowił podjąć konstruktywne działania dla poprawy funkcjonowania tego „najmniej złego ze wszystkich fatalnych systemów politycznych”. Od ponad dziesięciu lat Fishkin i jego koledzy eksperymentują z tzw. wyborami obradującymi (deliberative polls), w czasie których wyselekcjonowana reprezentatywna grupa przeciętnych wyborców (w liczbie 200–500) zbiera się na kilka dni, by przedyskutować wybrane kwestie i przepytać zaproszonych ekspertów. Organizatorzy tych sejmików proszą uczestników o wyrażenie swych opinii przed i po zakończeniu debat, a następnie sprawdzają stopień oświecenia osiągnięty w wyniku takiej dyskusji (o demokracji deliberatywnej szerzej pisał dr Radosław Markowski w „Niezbędniku inteligenta”, dodatku do POLITYKI 50/04 r.).
Fishkin twierdzi, że takie debaty prowadzą do otwarcia umysłów, że niektórzy wyborcy modyfikują swe stanowiska, a przede wszystkim, że nawet ludzie stosunkowo słabo wykształceni i niezamożni są w stanie pojąć skomplikowane problemy polityczne i podjąć w ich sprawie rozważną, często kompromisową, decyzję.
Na badania Fishkina powołuje się w swej wydanej niedawno książce „Mądrość tłumów” (The Wisdom of Crowds) publicysta ekonomiczny z „New Yorkera” James Surowiecki. Generalnie zgadza się on, że prosty człowiek z ulicy – a mówiąc ściśle, wielu prostych ludzi z ulicy podejmujących decyzje w sposób niezależny, lecz skoordynowany – zdolny jest do wykazania zaskakującej mądrości.
Książka Surowieckiego, pomimo powagi tematu, jest raczej zbiorem fascynujących anegdot niż socjologiczną rozprawą. Jednak wiele z opisanych przez niego przypadków jest tak interesujących, że warto poświęcić im nieco uwagi.
Wół, Skorpion i Challenger
W 1906 r. brytyjski uczony Francis Galton, znany potomności jako twórca eugeniki, czyli nauki o sztucznym doskonaleniu ludzkiej rasy, wybrał się na doroczny wiejski jarmark, na którym miejscowi farmerzy i mieszczuchy zebrali się, by ocenić jakość wyhodowanych zwierząt. Galton był jednak bardziej zainteresowany jakością samych hodowców, którzy generalnie biorąc należeli do klasy popularnie zwanej gawiedzią. Przekonany był, że „głupota i upór wielu mężczyzn i kobiet są tak wielkie, iż przekracza to ludzkie wyobrażenie”. Gdy spacerował po targowisku, zaintrygował go konkurs na odgadnięcie wagi wołu przeznaczonego do uboju. Wszyscy chętni gapie, a było ich 800, mogli zrobić zakład oceniając liczbę funtów wołowiny z kością, jaka pozostanie po wypatroszeniu zwierzęcia. Galton przekonany był, że kolektywnie oszacowana waga będzie absurdalnie daleka od rzeczywistej.
Kiedy okazało się, że uśrednione oszacowania tłumu były precyzyjne z dokładnością do promila (odgadnięta waga wołu wynosiła 1197 funtów, zaś rzeczywista 1198), zaskoczenie Galtona było tak wielkie, że poprosił on organizatorów konkursu o zezwolenie na dokonanie statystycznej analizy głosów i jej wyniki ogłosił w czasopiśmie „Nature”. W konkluzji zawarł następującą uwagę: „Przeciętny uczestnik konkursu był prawdopodobnie równie dobrze przygotowany do oszacowania wagi wołu jak przeciętny wyborca do oceny znaczenia politycznych decyzji, za którymi się opowiada oddając swój głos”. A jednak kolektywna decyzja grupy ignorantów okazała się w tym przypadku trafniejsza niż sąd doświadczonego rzeźnika.
Demokratycznie podejmowane decyzje, co Surowiecki przyznaje, dotyczą z reguły kwestii znacznie bardziej zawiłych niż waga wołu. Opisany przypadek jest jednak tylko jednym z wielu, na jakie autor „Mądrości tłumów” się powołuje. Zlokalizowanie na dnie oceanu zatopionej łodzi podwodnej jest dużo większym wyzwaniem. Kiedy w maju 1968 r. amerykańska atomowa łódź podwodna „Skorpion” nie powróciła do swej bazy z patrolowego rejsu po północnym Atlantyku, wszystko, co wiedziano o jej losie, to miejsce, z którego dowództwo nawiązało ostatni kontakt radiowy. Początkowa strefa poszukiwań stanowiła więc obszar o średnicy 30 km. Można sądzić, że właściwą taktyką byłoby zatrudnienie czterech specjalistów od hydrodynamiki, prądów morskich i technologii łodzi podwodnych i zamówienie u nich wspólnej ekspertyzy dotyczącej prawdopodobnego położenia zatopionej łodzi.
Odpowiedzialny za organizację akcji John Craven miał jednak inny pomysł. Najpierw wymyślił serię alternatywnych możliwych scenariuszy katastrofy „Skorpiona”, a następnie poprosił liczną grupę ludzi o bardzo zróżnicowanych kwalifikacjach, by niezależnie od siebie odgadli prawdopodobieństwo urzeczywistnienia każdego z nich. Tak więc ludzie Cravena przedstawili swe propozycje dotyczące prawdopodobnej prędkości łodzi w chwili awarii, jej przyczyn, szybkości, z jaką opadała na dno itp. Pomimo całej powagi sytuacji Craven postanowił nadać tej fazie operacji formę zakładu, nagradzając tych uczestników, którzy najlepiej obstawią, ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]
Dr Krzysztof Szymborski (63 l.) ukończył Wydział Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Uzyskał doktorat z historii nauki w Polskiej Akademii Nauk, zajmując się jednocześnie popularyzacją wiedzy. Od 1981 r. przebywa w USA, wykłada w Skidmore College w stanie Nowy Jork.