POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 25 (3115) z dnia 2017-06-21; s. 19-21

Polityka

Rafał Kalukin

Jarosław Mniejszy

Zamienił Tuska na Kaczyńskiego. I teraz chyba wie, na czym polega różnica.

Najpierw (trochę długi) cytat: „To liderzy PiS wynaturzyli idee, które wyniosły ich do władzy. Naprawę państwa zastąpili »odzyskiwaniem« kolejnych instytucji (…). Idea IV RP zakładała reformę instytucji i procedur, PiS zaś kontynuuje dzieło ich deformowania, łudząc się, że powstawianie wszędzie »swoich« ludzi – w których »jest samo dobro« – zastąpi zmiany strukturalne. (…) Niestety, kierownictwo PiS, na czele z premierem, zastąpiło lancet maczugą, wykorzystując uzasadnioną krytykę patologii do demagogicznej rozprawy z politycznymi oponentami.

Słuszne dążenie do wzmocnienia państwa pomylono z atakiem na niezależne instytucje wyznaczające granice roszczeń wszelkiej władzy, takie jak (…) Trybunał Konstytucyjny. Próba odpolitycznienia mediów skończyła się ich bezprecedensowym upartyjnieniem. Taka praktyka musiała wywołać gniew i oburzenie. Po rządach PiS trzeba będzie rzeczywiście zabrać się do gruntownego sprzątania”.

To diagnoza Jarosława Gowina. Dotyczy jednak nie obecnych rządów PiS, lecz poprzednich; sformułował ją jesienią 2007 r. Co sprawiło, że dziś jest prominentem obozu rządzącego, który postanowił podnieść ówczesne patologie do entej potęgi?

Cisza nad tym koniem!

Latem 2015 r. Gowin szczerze wierzył, że nowe rządy PiS będą inne. Że tym razem prawica wreszcie weźmie się do przebudowy instytucji, walki z biurokracją, odblokowania społecznej energii. Że po latach jałowego grzęźnięcia w smoleńskim błocie nadchodzi czas poważnej polityki. Trwał prawicowy karnawał. Andrzej Duda właśnie został prezydentem, a PiS wchodził w kampanię parlamentarną. Zwycięstwo było pewne, niewiadomą tylko jego rozmiar. No i to, co potem.

Swoje przekonanie o nowym PiS czerpał Gowin – co zresztą chętnie opowiadał znajomym oraz dziennikarzom (również autorowi tego tekstu) – z regularnych rozmów z Jarosławem Kaczyńskim. Sprawiał wrażenie zafascynowanego prezesem. Imponowało mu, że władca prawicowych dusz dostrzegł akurat w nim – uchodźcy z drugiej strony barykady, liderze kanapowej Polski Razem – partnera do intelektualnej dyskusji. Zachwycał się więc, że prezes – inaczej niż Tusk – wnika w sedno spraw programowych i serio myśli o Polsce.

I nie zakłóciły idylli nawet dające do myślenia incydenty. Najpierw Kaczyński skreślił z list wyborczych Zjednoczonej Prawicy Pawła Kowala, który w partii Gowina był figurą numer dwa – za osobistą niezależność. A potem sam Gowin dał się zinstrumentalizować, gdy wyciekło nazwisko Macierewicza jako kandydata na szefa MON i Beata Szydło łatała kryzys łgarstwem o powierzeniu Ministerstwa Obrony liderowi Polski Razem.

Jeśli do tej pory nic Gowinowi nie zazgrzytało, to tuż po wyborach wszystko już było jasne. PiS zaczął od brutalnego ataku na Trybunał Konstytucyjny i wiadomo było, że Polskę czeka kadencja konfliktów jeszcze ostrzejszych niż „za pierwszego PiS”. Cóż miał zrobić świeżo mianowany wicepremier i minister nauki Jarosław Gowin?

Zainwestował w PiS własny autorytet, zostawiając po drugiej stronie polskiego sporu dawne znajomości. I choć większość mostów spalił, podobno zależało mu na dobrej opinii dawnych kolegów. Mawiał przed laty: „Bardziej [niż łatki Don Kichota] boję się zarzutu cynizmu. Najbardziej jednak obawiam się, że przestanie mi chodzić o cokolwiek poza zwycięstwem dla samego zwycięstwa”.

Na przełomie 2015/16 r. znalazł się bardzo blisko tego. Pragnął zostać spinaczem dwóch Polsk, a znalazł się w obozie idącym na czołowe zderzenie. Wyjście honorowe? Do takich rozwiązań ludzie dojrzewają stopniowo (jeśli w ogóle). Prawdę o człowieku brutalnie skonfrontowanym z twardą rzeczywistością lepiej wyrażają słowa Bertolta Brechta argumentującego, dlaczego jest przeciwny publikacji tajnego referatu Chruszczowa: „Mam konia. Kuleje i ma parchy, jest szpotawy. Ktoś przychodzi do mnie i mówi mi: »Ten koń kuleje, jest szpotawy i ma parchy«. Ten ktoś ma rację, ale co mi z tego? Nie mam innego konia. W ogóle nie ma innego konia. Sądzę, że najlepiej jest wtedy jak najmniej myśleć o wadach konia”.

Urodzony symetrysta

Gowin był symetrystą na długo przed pojawieniem się tego terminu w opisie polskiej polityki. Jeszcze w latach 90., gdy funkcjonował w krakowskim kręgu katolickiej inteligencji, pragnął wznieść się ponad spór zwolenników posoborowego Kościoła otwartego z tradycjonalistami.

Zaproponował wtedy kategorię „katolików integralnych” będących pośrodku. „Łączy ich dążność do pogodzenia tradycji i nowoczesności”.

I zostając naczelnym miesięcznika „Znak”, próbował ożywić tę teoretyczną konstrukcję. Chłodził posoborowy entuzjazm, otwierał łamy na teksty autorów z drugiej strony, przyczynił się wreszcie do rozwodu „Znaku” z „Tygodnikiem Powszechnym”, będącym głównym organem katolików otwartych. Już wtedy zaznaczały się również różnice polityczne. Inaczej niż większość krakowskich elit Gowin opowiadał się za rozliczeniem komunizmu, lustracją i dekomunizacją. Tyle że jego wymarzona inteligencka formacja nadal była fantazmatem podtrzymywanym nadziejami garstki podobnych mu pięknoduchów.

<...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]