POLITYKA

środa, 18 października 2017

Polityka - nr 37 (3127) z dnia 2017-09-13; s. 48-49

Świat

Marek Ostrowski

Jestem sierotą po Polsce

Rozmowa z francuskim politologiem Dominique Moïsim o tym, skąd szybki spadek notowań prezydenta Francji i dlaczego Macron ma rację, atakując polski rząd

Marek Ostrowski: – Jak przywitał pan zwycięstwo Emmanuela Macrona w wyborach prezydenckich we Francji?
Dominique Moïsi: – Z ogromną nadzieją i ogromną ulgą. Z ulgą, bo to oznaczało również porażkę Marine Le Pen i zatrzymanie populizmu w Europie. Z nadzieją, bo Macron to człowiek wspaniały, energiczny, zdolny do przeprowadzenia wreszcie niezbędnych reform w kraju. W moim przekonaniu wyjątkowe okoliczności zeszły się w tym wypadku z niezwykłym człowiekiem. Francja – po bardzo długim okresie zablokowania i strachu, niemal sparaliżowana poczuciem schyłku kraju – powróciła na stronę nadziei.

Skąd w takim razie ostatni spadek poparcia dla prezydenta Macrona?
Macron prowadził kampanię w duchu optymizmu, dodam – optymizmu wspartego na Europie, co było zaskakujące. Nikt we Francji nie myślał o używaniu Europy w kampanii, i to jeszcze w tak entuzjastyczny sposób. Spadek w sondażach jest niezaprzeczalny, jednak trzeba zważyć okoliczności, w jakich następuje. Tylko 24 proc. Francuzów głosowało na Macrona w pierwszej turze wyborów, a w drugiej była tak wysoka absencja wyborcza, jakiej Francja wcześniej nie znała. Teraz wyborcy lewicy – którzy na niego głosowali ze strachu przed Le Pen – uświadamiają sobie, że to nie jest ich człowiek, i proponuje raczej reformy liberalne czy centrowo-prawicowe. Wystąpił więc tu zrozumiały dystans.

I sprzeczność.
Tak, Francuzi chcą reform, ale nie są gotowi, by zapłacić ich cenę. Poza tym teraz, gdy sytuacja gospodarcza się poprawia – nie ma to akurat związku z Francją, raczej z całą Europą – pojawia się pytanie, czy potrzeba nam wyrzeczeń związanych z reformami. Ostrożnie więc oceniam spadek sondaży popularności Macrona. Owszem, był szybki, gwałtowny, ale możliwe, że odwracalny. Trzeba poczekać ze dwa, trzy miesiące, by to właściwie ocenić. Do tego doszło rozczarowanie samą osobą Macrona. To nie jest zbawiciel, to ledwie polityczne dziecko. Może przecież dojrzeć. Dlatego zachowuję swój nastrój powyborczy – ostrożnego optymizmu. To znaczy nie mówię, że mu się uda, ale że może mu się udać. A na pewno jest zbyt wcześnie, by go już pogrzebać, jak tego chcą niektórzy z opozycji.

Jakich właściwie reform potrzebuje Francja?
Reform rynku pracy i reform w edukacji. Rynek pracy trzeba uelastycznić, co umożliwi – w sposób niemal mechaniczny – spadek bezrobocia. Absolutnie też trzeba zreformować system szkolnictwa, który blokuje przyszłość kraju. Są to zresztą sprawy powiązane ze sobą. Francja potrzebuje absolwentów z dyplomami bardziej odpowiadającymi rynkowi pracy, a kiedy już wejdą na ten rynek, trzeba takiej elastyczności, która zachęci przedsiębiorców do większej aktywności. Musimy chronić pracowników, ale ta ochrona polega też na tym, by im dawać pracę. Macrona, zresztą słusznie, inspiruje w tym względzie model skandynawski: elastyczność.

Czy elastyczność nie oznacza łatwiejszego wyrzucania z pracy?
Tak, bo łatwość zwalniania to również łatwość zatrudniania. Oba pojęcia są ze sobą powiązane. To ważne dla małych i średnich przedsiębiorstw, dla których reforma jest głównie przeznaczona.

Na ogół francuski system oświaty dawany jest za przykład. Dlaczego pan, sam powiązany z uniwersytetami, uważa, że potrzebuje on głębokich reform?
Są w tym systemie miejsca wręcz doskonałe. Ale system jako całość jest sparaliżowany. Klasyfikacja szanghajska, po części sztuczna, ale przecież coś pokazuje (tylko trzy francuskie uczelnie znalazły się w pierwszej setce tego globalnego rankingu uniwersytetów – przyp. red.). Tu też kluczowym słowem dla reformy jest elastyczność. Musimy pozwolić francuskim uniwersytetom rozwijać się w sposób bardziej autonomiczny, by przywrócić jakość nauczania. Atutem Macrona są dobrani przez niego ludzie, odpowiedzialni za te dwie kluczowe reformy – rynku pracy i systemu szkolnictwa. Są świetni, mają wielkie szanse powodzenia. Powstała w mediach moda, by oceniać, że Macron już zawiódł. Nie tak widzę te sprawy.

Macron głosił w kampanii, że nie jest ani z prawicy, ani z lewicy. Czy rzeczywiście mamy do czynienia z końcem tego tradycyjnego podziału we Francji?
Ten podział odchodzi trochę do przeszłości i dlatego obserwujemy opór wszystkich zainteresowanych. A chodzi przecież o bardzo ostry podział. We Francji mamy całkowite załamanie Partii Socjalistycznej i niemal całkowite Partii Republikańskiej. Dziś prawdziwą opozycję stanowi skrajna lewica i skrajna prawica z Frontem Narodowym. W istocie skrajności, które się stykają. Swój sukces Macron w dużej mierze zawdzięcza temu, że większość Francuzów uważa, iż dobre pomysły można znaleźć zarówno na prawicy, jak i na lewicy. I że trzeba przezwyciężyć podział ideologiczny.

Ale czy nie jest tak, że Macron w kampanii niósł sztandar optymistycznej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]