POLITYKA

Wtorek, 19 września 2017

Polityka - nr 42 (2625) z dnia 2007-10-20; s. 26-28

Kraj / Wybór Polski. 2007

Jacek Żakowski

Jeszcze cztery lata?

Przez trzy ostatnie tygodnie intelektualiści zaproszeni na łamy „Polityki” przekonywali nas, że od tych wyborów w gruncie rzeczy niewiele zależy. Ale nie dajmy się zwieść. Od każdych wyborów zależy niesłychanie dużo. A od najbliższych zwłaszcza.

Nie twierdzę, że wszystkie zmiany, które zaszły w Polsce pod rządami PiS, są złe. Dobre też mają miejsce. Przede wszystkim wróciła polityka i polityczność jako wyraz istniejących realnie konfliktów interesów i postaw. Wróciły ideowe spory. Powstał albo ujawnił się w sferze publicznej ideologiczny język wyrażający ideowe różnice. Nie tylko dla publicystów i intelektualistów ma to istotne znaczenie. Rzeczy nienazwane subiektywnie przecież nie istnieją. I w takim sensie wiele realnie istniejących problemów w polskiej świadomości i polskiej polityce faktycznie nie istniało, a dziś już tak.

Jak neokon z neolibem

W obrocie politycznym znalazło się nareszcie miejsce dla napięć między demokracją a rynkiem, między modernizacją a tradycjonalizmem, między wolnością a wykluczeniem, między wolnością i koniecznością, między jednostką i państwem. W publicznych dyskusjach zaczęliśmy używać słów takich jak konserwatyści, neokonserwatyści, populiści, neopopuliści, liberałowie, neoliberałowie, liberalna i nieliberalna demokracja. Przypomnieliśmy sobie, czym jest i do czego służy trójpodział władzy, czemu służą gwarancje procesowe i immunitety, po co w konstytucji znalazła się wolność słowa i niezależność samorządów prawniczych czy lekarskich.

To jest ważny dorobek tego burzliwego czasu. Można nawet powiedzieć, że gwałtowność i brutalność pisowskiej rewolucji była ważnym źródłem edukacji obywatelskiej i wymusiła bardziej wyrafinowaną refleksję polityczną. A bez niej, bez nazwania spektrum możliwych wyborów, trudno ich dokonywać w sposób racjonalny. W tym sensie nasza demokracja i my wszyscy odnieśliśmy niewątpliwe korzyści. Gdyby była to jedyna zmiana, jaka zaszła, można by uznać, że nie był to czas zmarnowany. Zwłaszcza że przy okazji udało się publicznie zweryfikować wiele czarnych legend. Nie potwierdziły się wizje Polski oplecionej gęstą siecią agentów, układów i więzi korupcyjnych. Przeciwnie. Jedyne układy i korupcyjne więzi, jakie ujawniono, miały miejsce wewnątrz obozu „antykorupcyjnego”.

Gdy jednak spojrzeć na naszą sytuację odrobinę głębiej, wszystkie te zamierzone i niezamierzone korzyści są tylko bladym cieniem potężnych skutków ubocznych, jakie polityka IV RP powoduje w naszym otoczeniu. Bo właściwie wszystko, co nas otacza, znajduje się pod przemożnym, niebezpiecznym wpływem wznoszonej przez PiS fali. Wbrew temu, co się wielu mędrcom wydaje, już po dwóch latach burzliwych rządów PiS niemal wszystko jest inne i można sobie bez trudu wyobrazić, jak bardzo byłoby inne, gdyby taka polityka miała trwać kolejne cztery lata.

Można mówić, że pieniądze i inwestycje szeroko płyną i będą płynęły do Polski. Ale jedyna wielka polska firma informatyczna Prokom, stworzony przez Ryszarda Krauze, właśnie kilka dni temu zmieniła właściciela i nazwę. Jeżeli sytuacja pozostanie bez zmian, śladem Prokomu pójdą następne, łatwo dające się sprzedać polskie firmy. Zapytajcie, gdzie dziś robi interesy Jan Kulczyk. Zapytajcie, gdzie tej jesieni najczęściej przebywali czołowi polscy biznesmeni. Warszawskich biur wielu z nich nie trzeba było odkurzać tygodniami. Może to się w ciągu roku czy dwóch na PKB nie przełoży, ale już przez cztery lata owszem. Kto coś naprawdę umie, ten będzie wolał bezpiecznie inwestować tam, gdzie mniejsze jest ryzyko prowokacji, insynuacji i pokazowych aresztowań, gdzie ręka Ziobry i laserowy wskaźnik prokuratora Engelkinga nie sięgnie.

Można się też spierać o to, jak bardzo prokurator Engelking sprzeniewierzył się misji prokuratora urządzając słynny telewizyjny spektakl o pasażerach windy w warszawskim hotelu Marriott, ale trudno zaprzeczyć, że tak ostentacyjnie wykonując polityczne zlecenie przetrącił kręgosłup sporej grupie polskich prokuratorów. Co to dla nas znaczy? Niby niewiele, a na dłuższą metę jednak bardzo dużo. Bo prokuratorzy nauczeni lojalności wobec szefów, a nie wobec prawa, nie są zainteresowani łapaniem przestępców. Są zainteresowani zaspokajaniem oczekiwań swoich przełożonych. Konkretnie: łapaniem tych, co trzeba. A ci, co trzeba, niekoniecznie są groźnymi dla nas przestępcami. Mogą być po prostu dla kogoś niewygodni.

Jeśli jednak taki styl działania jest na dłuższą metę naprawdę niebezpieczny, to przede wszystkim dlatego, że aparat państwa przestaje służyć temu, do czego został powołany, a zamienia się w usługowe zaplecze wielkiego politycznego teatru, którego gwiazdami są politycy sprawujący władzę. PiS ubóstwia ten teatr i używa go bez żadnych zahamowań. Bo IV RP w pisowskim wydaniu jest państwem całkowicie sprywatyzowanym, bez ogródek służącym sprawującym władzę.

Krucjata frustratów

Nie wstyd czy niegodziwość są jednak najbardziej bolesnymi problemami wynikającymi z takich sytuacji, ale ich zaraźliwość. Najgroźniejsze i najbardziej bolesne jest demoralizowanie aparatu pań...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]