POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 25 (2710) z dnia 2009-06-20; s. 56-58

Kultura

Katarzyna Janowska

Jeszcze nie zjeżdżam do zajezdni

Rozmowa z Krzysztofem Zanussim na 70 urodziny

Katarzyna Janowska: – Przygotowuje się pan do filmu, w którym przyjrzy się pan bohaterom swoich wcześniejszych obrazów. Czy to sposób na przystawienie sobie samemu lustra?

Krzysztof Zanussi: – Nie mam takich ambicji. To będzie niewielka rzecz na mój jubileusz. Nazywać się będzie „Rewizyta”. Przejmuje mnie fizyczny obraz starzenia się ludzi. A teraz właściwie po raz pierwszy w historii mamy okazję prześledzić to na ekranie, bo istnieją filmy sprzed 40 lat. Zarejestrowane współcześnie rozmowy z Mają Komorowską, Jankiem Nowickim, Danielem Olbrychskim zderzę z fragmentami z filmu „Życie rodzinne”, w którym zagrali jako bardzo młodzi ludzie. Wymyśliłem ich postaciom dalszy ciąg biografii.

Jak się potoczyły losy Wita (Daniel Olbrychski) z „Życia rodzinnego”? Ojciec (Jan Kreczmar), dawny właściciel huty szkła, po wojnie zdegradowany do roli rzemieślnika, wezwał go do siebie, bo chciał, żeby syn zaopiekował się popadającym w ruinę domem.

Nie chciałbym zdradzać szczegółów, ale jego życie nie było udane. Tkwiło w nim zakłamanie. Odrzucił solidarność z rodziną i to się odcisnęło na jego losie. Dużo lepiej wypada przyszłość jego zwariowanej siostry Beli, którą gra Maja Komorowska. Najbardziej rozrzewniony jestem bohaterem „Constansu”, którego zagrał Tadeusz Bradecki. Przypisuję mu, że dokonał matematycznego odkrycia, ale ponieważ z przyczyn politycznych nie skończył nad tym pracy, nie mógł ogłosić swojego dzieła. Jest w tej historii mój wielki żal do poprzedniego ustroju o to, że tak wielu ludzi zmuszonych do emigracji zmarnowało swoje talenty. Przeżyli ledwie, ledwie, a mogli osiągnąć bardzo dużo.

Mam o to pretensje do generała Jaruzelskiego. Uważam, iż to jest wielka krzywda, którą tamten ustrój konając zdołał jeszcze wyrządzić Polsce. Wśród bohaterów, do których powracam po latach, nie zabraknie także Zbigniewa Zapasiewicza, czyli docenta z „Barw ochronnych”.

Docent jest już zapewne od dawna profesorem?

O tak, i, co ciekawe, profesor nie okaże się w późniejszym życiu takim cynikiem, jak sobie można było wyobrażać. Rozmowy będzie prowadził bohater mojego ostatniego filmu „Serce na dłoni”, który nie chciał stanąć do walki z życiem, poddał się. Psychiatra w ramach terapii posyła go z kamerą do ludzi, żeby zapytał ich, czy życie bywa udane.

A życie bywa udane? Pan ma udane życie?

Myślę, że tak. Mówię to z pewnym wahaniem, bo brzmi to zuchowato. Jeśli człowiek ma ogień w oczach, poczucie, że coś warto, to znaczy, że życie jest udane. Jeszcze ciągle mam to poczucie. Nigdy nie byłem tak aktywny jak teraz, nie robiłem równocześnie tylu rzeczy, choć zawsze miałem do tego skłonność. Bardzo dużo wykładam na rozmaitych uczelniach, i to nie film.

Mój kurs nazwałem Sztuka jako zwierciadło na gościńcu życia. Za pomocą filmów opowiadam o różnych istotnych dla naszej egzystencji pytaniach. Czy na przykład dzieciństwo ciąży zawsze, i to w sposób bezwzględny, na naszym życiu, czy w naszym losie jest przeznaczenie, czy to tylko funkcja naszego umysłu?

Okazuje się, że młodzi ludzie mają ochotę porozmawiać o swoich rozterkach właśnie z obcym człowiekiem. Dziś dużo łatwiej mi nawiązać kontakt z młodzieżą niż jeszcze 10 lat temu. Czuję z jej strony zaciekawienie, zniknęła charakterystyczna dla japiszonów z lat 90. głupkowata pewność siebie. Coraz częściej pojawia się u nich refleksja, jak żyć, jak mądrze wykorzystać czas, który jest nam dany?

I co im pan odpowiada? Mówi pan, jak mają żyć?

Przedstawiam studentom do wyboru dwa obrazki. Życie jako spacer po parku z dobrze wystrzyżoną trawą lub życie jako przejście przez dżunglę. Pierwszy model, promowany przez kulturę konsumpcyjną, mówi, że możemy swobodnie iść w każdym kierunku i nic nam nie grozi. Drugi model zakłada, że każdy nierozważny krok grozi katastrofą. Wszędzie czyhają na nas niebezpieczeństwa. Mam wystraszone spojrzenie na życie i dlatego mówię studentom, że przypomina ono pracę sapera. Trzeba uczyć się na błędach innych i wystrzegać się własnych, bo za nie się drogo płaci.

Podobno uczymy się tylko na swoich błędach. Skąd u pana wystraszone spojrzenie na życie?

Wyniosłem to z dzieciństwa, bo wtedy zrozumiałem, jak życie jest kruche. Widziałem wojnę, nad moją głową rozrywały się bomby. A później, w czasach stalinowskich, jako dziecku inteligenckiemu groziła mi tzw. deklasacja, pójście do pracy przy łopacie. Miałem lęk przed przysłowiową budką z piwem.

Przed panią leży książeczka, która właśnie się ukazała. Zbiór esejów o mojej twórczości i parę moich tekstów. Wszystko razem nosi tytuł „...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Krzysztof Zanussi, reżyser, scenarzysta filmowy, w latach 50. studiował fizykę na UW, a potem filozofię na UJ. Działał w amatorskim ruchu filmowym, studiował w łódzkiej Filmówce. Dyrektor Zespołu Filmowego TOR, producent m.in. filmów Krzysztofa Kieślowskiego. Nakręcił m.in. „Strukturę kryształu”, „Życie rodzinne”, „Za ścianą”, „Iluminację”, „Bilans kwartalny”, „Barwy ochronne”, „Spiralę”, „Constans”, „Rok spokojnego słońca”, „Persona non grata”, a ostatnio „Serce na dłoni”.