POLITYKA

Poniedziałek, 27 marca 2017

Polityka - nr 5 (3096) z dnia 2017-02-01; s. 26-29

Społeczeństwo / Co po PiS?

Rafał Woś

Jeszcze plus czy trochę minus?

Wprowadzając program 500 plus, PiS jako pierwszy pokazał przeciwnikom, że wszedł w posiadanie politycznej broni atomowej. I że nie zawaha się jej użyć. Reszta sceny politycznej będzie się musiała do tych nowych reguł dostosować. Bo nic już w polityce nie będzie takie jak przed 500 plus.

Gdyby porównać politykę do gry komputerowej, to PiS programem 500 plus przeniósł nas zupełnie na nowy level. Spora część komentatorów bije na alarm. Zwracają uwagę, że ten nowy poziom może przekraczać umiejętności obecnej klasy politycznej. Ich zdaniem PiS nie znajdzie trwałych źródeł finansowania dla swojej pięćsetki. A jednocześnie lawina oczekiwań społecznych została już uruchomiona. Ona poniesie polityków (również opozycyjnych) w kierunku licytacji, kto da więcej. Jest 500 zł na dziecko? To my dorzucimy jeszcze darmowe przedszkola. A my damy emeryturę obywatelską. A my jeszcze 1 tys. zł bezwarunkowego dochodu podstawowego. Tyle że – dowodzą sceptycy – finanse państwa tego nie udźwigną, rynki finansowe wezmą nas na celownik, a kapitał zacznie znad Wisły uciekać. Niech jeszcze dojdzie do tego jakieś globalne spowolnienie gospodarcze i już nieszczęście gotowe. W ten sposób nasza przygoda z wyższym levelem skończy się bolesnym upadkiem i cofnie nas w okolice 1989 r. Albo w okolice scenariusza greckiego.

Trzeba jednak pamiętać, że nawet wśród tej części opinii publicznej, której nie podoba się całość projektu pisowskiej rewolucji, bardzo często można usłyszeć głosy, że akurat pięćsetka to pomysł potrzebny i mimo wad całkiem sensowny. A przede wszystkim: jest. Stanowi bowiem zapowiedź zerwania ze szkodliwym, ich zdaniem, ekonomicznym dusigroszostwem i lekceważeniem spójności społecznej.

Zwolennicy dostrzegają w tym projekcie nadzieję na zmniejszenie biedy, na efekt popytowy oraz (to trochę mniej) na pobudzenie dzietności. A także – i to jest kluczowe w dłuższym okresie – na włączenie do obiegu gospodarczego, politycznego i obywatelskiego szerszych mas Polaków. Dokładnie tych, którzy w spożywaniu najsłodszych owoców transformacji uczestniczyli zbyt słabo. A dług? Oczywiście, że lepiej, żeby go nie było (choć można przecież podnieść podatki). Ale nie wolno go też w polityce ekonomicznej fetyszyzować. Bo on jest tylko narzędziem. Jak nóż. Którym można zarówno poderżnąć komuś gardło, jak i posmarować chleb.

Ten spór jest realny i można go odnaleźć w wielu środowiskach skądinąd wobec rządu PiS krytycznych. Widać go również w publicystyce POLITYKI. Spór mamy również dlatego, że pomysł pięćsetki nie jest jednoznaczny. Przeciwnie – to bardzo ciekawy ideowy mieszaniec.

Ta hybryda korpus ma bez dwóch zdań lewicowy. Jest tu bowiem zarówno stary pragmatyczny postulat socjaldemokracji, powszechnej polityki redystrybucyjnej, ale to również łakomy kąsek dla nowoczesnej lewicy, rozdyskutowanej dziś w pomyśle bezwarunkowego dochodu podstawowego (testują go właśnie Finowie). A więc pieniędzy, które (tak jak pięćsetka od drugiego dziecka) należą się za samo istnienie.

Łeb naszego stwora jest już jednak dość konserwatywny. 500 plus stawia bowiem w centrum uwagi rodzinę (i to najlepiej tradycyjną). Samotni, bezdzietni lub żyjący w innych, bardziej patchworkowych, relacjach stają się w myśl panującej tu logiki odchyłem od normy. Obecna konstrukcja pięćsetki wzmacnia również tradycyjny podział ról ekonomicznych. Zachęca, by mąż pracował, a żona zajęła się rodzeniem i wychowaniem dzieci.

Są jeszcze łapy. Już nawet nie liberalne, a raczej libertariańskie. Bo pięćsetka to przecież dawanie do ręki żywej gotówki. Zamiast przepuszczania publicznych pieniędzy przez filtr instytucji państwowych. Mamy więc prymat indywidualizmu (no, co najwyżej familiaryzmu) nad celebrowaniem dobra wspólnego.

Od razu trzeba jednak dodać, że opisany powyżej spór jest zdecydowanie teoretyczny. Bo my już na ten nowy level weszliśmy. I co teraz zrobić?

Ale od początku: skąd się wzięło 500 plus? Według kanonicznej wersji wydarzeń autorem koncepcji 500 plus jest sam Jarosław Kaczyński. Pomysł miał się urodzić pod koniec 2013 r. Lider PiS spotkał się wtedy z pewnym biznesmenem (sprawę opisał swego czasu „Fakt”). Rozmawiali o gospodarce. Przedsiębiorca opowiadał, że jego zdaniem Polacy nie chcą dziś pochwał, prezentów ani dodatkowych urlopów. Tylko żywą gotówkę do ręki. Podobno Kaczyńskiego ta rozmowa bardzo zainspirowała.

W styczniu 2014 r. prezes PiS przedstawił pomysł wspólnej polityki rodzinnej… dla całej Unii Europejskiej. Nie było to takie zupełne bujanie w obłokach, bo rzecz miała miejsce przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Co ciekawe, Kaczyński występował wtedy z pozycji zwolennika głębszej harmonizacji unijnych polityk. Dowodził, że skoro we wszystkich krajach wspólnoty tyka demograficzna bomba, to może wspólnota powinna przeznaczyć na ten cel dodatkowe środki (mowa była o 1 proc. PKB). Mechanizm miał być taki jak w przypadku innych unijnych funduszy. To znaczy Bruksela wykłada gros środków (lider PiS postulował 100 euro na dziecko). A państwa narodowe na ten tort dokładają wisienkę. Tak zrodziło się 500 zł na dziecko, z którym do eurowyborów 2014 r. szły zarówno PiS, jak i Solidarna Polska (Zbigniew Ziobro dolicytował jeszcze „darmowe żłobki ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]