Czwartek, 17 maja 2012
W szkolnych podręcznikach można przeczytać o aneksji Zaolzia na jesieni 1938 r., do czego Polska wykorzystała dyktat monachijski wobec Czechosłowacji. Nawet jednak wytrawni historycy niewiele wiedzieli o przygotowaniach do ponownej aneksji po wojnie. Oto relacja uczestnika wydarzeń.
W pierwszych dniach lipca 1945 r. na naszą kwaterę w Katowicach do mego współlokatora mjr. Mazurka przybył ówczesny płk Konrad Świetlik (późniejszy generał i wiceminister bezpieczeństwa). (...) Rozmowa mjr. Mazurka z płk. Świetlikiem za zamkniętymi drzwiami trwała bardzo długo i nie przypuszczałem wtedy, że mogła dotyczyć tak bliskiego mi tematu. (...) Po rozmowie wyżej wymienionych zostało mi przekazane ustne polecenie wzięcia udziału w opisanej poniżej akcji Sztab Zaolziański, podano mi zadania do spełnienia oraz zobowiązano do zachowania absolutnej tajemnicy. (...)
Zadania w skrócie przedstawiały się następująco: podlegając mjr. Mazurkowi, który osobiście miał utrzymywać kontakt z odpowiednimi władzami – miałem wziąć udział w zorganizowaniu nad granicą polsko-czechosłowacką komórki nadzorującej sytuację na granicy. Komórka miała za zadanie przeciwdziałać antypolskiej działalności Czechów. Do jej zadań należało też przygotowanie rychłego zajęcia Zaolzia: przygotowanie bezawaryjnego przejęcia przemysłu, zorganizowanie odpowiedniej siatki czy organizacji, która weźmie udział w przejęciu Zaolzia, zorganizowanie, o ile to się uda, rady narodowej – zalążka przyszłej administracji, prowadzenie akcji propagandowej przez dystrybucję na Zaolziu ulotek antyczeskich oraz ewentualne wydanie „podziemnej” gazetki. Jednym z zadań było objęcie nadzorem działalności różnego rodzaju ruchów społecznych polskich, działających w sprawie objęcia Zaolzia. (...)
Władzami, z którymi mieliśmy się kontaktować za pośrednictwem mjr. Mazurka, były: roboczo – naczelnik Wydziału Południowo-Wschodniego MSZ – Sobierajski, Jakub Berman – grający prawdopodobnie podstawową rolę w tej akcji, premier Osóbka-Morawski, w pewnym sensie także marszałek Rola-Żymierski.
W jakiejś formie podlegaliśmy MSZ i tam kierowane były nasze sprawozdania, również MSZ dbało o nasze zaopatrzenie. Nie prowadziliśmy żadnej księgowości, a przecież było trzeba nas utrzymać – byliśmy oficerami w służbie czynnej, opłacaliśmy kierowcę – był nim pan Liszok, prowadzący najpierw naszego „trofiejnego” Opla-Adama, a później również inne samochody. Opłacaliśmy eksploatację samochodów współpracującego z naszą komórką pana Poskiera, a przede wszystkim nasze subwencje kierowane były w formie zapomóg do najbardziej szykanowanych przedstawicieli polskiej społeczności na Zaolziu. Wydawaliśmy ulotki i rozpoczęliśmy wydawanie gazetki, rzekomo ukazującej się na Zaolziu. Te i inne akcje musiały kosztować, trudno mi jednak powiedzieć, jak to wyglądało z punktu widzenia rozliczeń i na jakiej podstawie otrzymywaliśmy paczki Unry z urzędu powiatowego w Cieszynie. Jak wiem, zasadnicze środki otrzymywaliśmy z funduszu premiera Osóbki-Morawskiego; nie wiem, czy zdawał sobie sprawę, na jakie cele, czasem nie bardzo etyczne, te środki były kierowane. Oprócz naczelnika Sobierajskiego i wymienionych, dużo serca okazywał nam marszałek; między innymi przekazał do naszej dyspozycji na ów czas atrakcyjnego żółto-czarnego sportowego Forda-Eifla, z którym się nie rozstawałem.
W trakcie otrzymywania instrukcji przybraliśmy nowe nazwiska, którymi od zaraz mieliśmy się posługiwać, już jako cywile nieokreślonej profesji. Major Mazurek przybrał nazwisko Kwiatkowski, ja z powodów sentymentalnych, lecz nie bardzo logicznych, przybrałem nazwisko Łyżbicki (...).
Jednodniowy instruktaż płk. Konrada Świetlika dotyczący naszych zadań i przypominający o tajności naszej misji, która mogłaby wywołać awanturę ze strony naszych południowych sąsiadów, z którymi Moskwa starała się utrzymywać dobre stosunki, został zakończony. Pułkownik Świetlik przebywając w Cieszynie i okolicy używał nazwiska Zakrzewski. (...)
Naszym działaniem obejmowaliśmy czesko-polskie pogranicze od Beskidów aż po późniejszą granicę z NRD. Punktami zapalnymi prócz Zaolzia były przede wszystkim okolice Raciborza i Kłodzka. Okolice te były penetrowane przez czeskich agitatorów działających na rzecz oderwania tych terenów od Polski i przyłączenia do Czechosłowacji. Agitatorzy, nierzadko w przebraniu, jako zakonnicy, nawiedzali mieszkańców, usiłując zbierać podpisy pod apelem o zmianę granic na korzyść Czechosłowacji.
Nasze działania opieraliśmy na młodzieży, która uciekła z Czechosłowacji do Polski. Ludzie ci meldowali się zwykle u władz w Cieszynie i bywali zakwaterowani częściowo w zabudowaniach seminarium nauczycielskiego w Cieszynie, gdzie również zorganizowano żywienie. Mieliśmy kontakt z organizatorami pobytu uciekinierów, co dawało nam możność doboru, naszym zdaniem, najodpowiedniejszych młodych, inteligentnych ludzi do prowadzenia kontrakcji w stosunku do działań Czechów na pograniczu. Nasi wybrańcy biegle znali język czeski i podając się za czeskich agitatorów uzyskiwali informacje o działaniach konkretnych często ludzi z tamtej strony. Efektem tej działalności były areszty czeskich agitatorów. Pamiętam, że w więzieniu w Cieszynie w pewnym okresie było ich około dwudziestu.
Major Mazurek, a ja w&...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]
Zaolzie – czyli położona na zachód od Olzy część Śląska Cieszyńskiego, która po 1918 r. znalazła się w granicach Czechosłowacji – zamieszkane było przez znaczny (w niektórych gminach dominujący) odsetek ludności polskiej. We wrześniu 1938 r., gdy Czechosłowacja zmuszona została do podporządkowania się dyktatowi monachijskiemu, rząd polski wystosował do Pragi ultimatum domagające się oddania Zaolzia. 2 października 1938 r. wojsko polskie przekroczyło Olzę anektując obszar 906 km kw. zamieszkany przez ok. 258 tys. osób.
Bezpośrednio po zakończeniu wojny władze polskie przygotowywały ponowne zajęcie Zaolzia, które powróciło do Czechosłowacji. Marcin Zaremba opublikował w „Polityce” (nr 34/1997) rozkaz naczelnego dowódcy WP marszałka Polski Michała Żymierskiego z 16 czerwca 1945 r. w tej sprawie. Nic z tego nie wyszło, bo Stalin tolerował te przygotowania jedynie jako formę nacisku na prezydenta Benesza w sprawie zaakceptowania przezeń włączenia Rusi Zakarpackiej do ZSRR. W najgłębszej tajemnicy prowadzono jednak nadal działania. W lipcu 1945 r. utworzony został tzw. Sztab Zaolziański. Jego członkiem był oddelegowany z wojska Stanisław Mrowczyk. Zachęciłem go do przygotowania relacji z tej działalności. Publikujemy obszerne jej fragmenty. Całość ukazała się w „Przeglądzie Historycznym” (nr 2/2002). Autor w ostatnich dniach zmarł.
Andrzej Garlicki