POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 11 (2696) z dnia 2009-03-14; s. 32-35

Kraj

Cezary Łazarewicz

Katyń do Strasburga

Prokuratura rosyjska ustaliła, że w lasku katyńskim zastrzelono jedynie 22 polskich oficerów. Nie udało jej się wyjaśnić, co się stało z pozostałymi 22 tys. Tę kwestię będzie musiał więc wkrótce rozstrzygnąć Trybunał Praw Człowieka.

Anna Stawicka pamięta, że adwokatem polskiej sprawy została za sprawą Anatolija Jabłokowa, o którym wiedziała, że był kiedyś prokuratorem wojskowym i stał na czele grupy śledczej badającej w połowie lat 90. sprawę katyńską. Może ty się tym zajmiesz – zaproponował Stawickiej pod koniec 2006 r. Z pozoru wyglądało to na błahostkę. Chodziło tylko o odtajnienie dokumentów ze śledztwa katyńskiego, które dotyczyło przeszłości sprzed prawie 70 lat i rehabilitację zaledwie 10 polskich oficerów z 22 tys. zamordowanych w Rosji radzieckiej.

Szybko jednak się okazało, że 37-letnia moskiewska adwokatka o filigranowym wyglądzie rozpoczęła wojnę z wielkim imperium, które przez wiele lat próbowało zrzucić winę za Katyń na Niemców. – Każdy, kto zna kroniki procesu norymberskiego, wie, że naszym się to nie udało – mówi. – Absurdalne jest, że my wciąż ukrywamy dokumenty w tej sprawie. Stawicką odnalazł w Rosji Ireneusz Kamiński, pełnomocnik rodzin pomordowanych w Katyniu oficerów: – Żeby sądzić się z Federacją Rosyjską, potrzebowaliśmy adwokata na miejscu. Szukaliśmy kogoś kompetentnego i odważnego, kto sprawdził się już w podobnych postępowaniach. Stawicka nadawała się idealnie. To ona broniła Czeczenów w sporze z Federacją Rosyjską, ona też reprezentuje rodzinę zamordowanej dziennikarki Anny Politkowskiej. – Zgodziła się pracować dla nas za symboliczne honorarium, bo wie, że to sprawa szczególna – mówi Kamiński.

– W takich sprawach narodowość ofiar jest nieważna, czy to Rosjanie, czy Polacy. Ważne, że jedni ludzie strzelali do drugich, a ta prawda do dziś nie została do końca ujawniona. Jest wiele pytań i niedomówień, na które trzeba odpowiedzieć – mówi Stawicka i dodaje, że nie jest dla niej jasne, dlaczego w latach 90. polskie władze nie podejmowały żadnych działań: – Z dokumentów nie wynika, żeby strona polska w jakikolwiek sposób interesowała się tym śledztwem. Dlaczego Polacy nic nie robili przez lata, skoro to jedna z najważniejszych spraw dla Polski? Nie wyznaczono żadnych adwokatów, nie składano żadnych wniosków, nikt tego nie próbował zgłębić. Polacy tylko czekali.

Wściekłość i kalkulacja

Pięć lat temu, tuż po umorzeniu sprawy katyńskiej przez rosyjską prokuraturę wojskową, Ireneusz Kamiński opisał w „Rzeczpospolitej”, jak można by postawić Rosję przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu za zbrodnię ludobójstwa. – Prowadziłem rozważania teoretyczne, czy istnieją metody prawne, by osądzić zbrodnię katyńską, skoro Rosja się od tego uchyla – mówi Kamiński. – Ten pomysł zrodził się z wściekłości i chłodnej kalkulacji.

Po tekście w „Rzeczpospolitej” zadzwoniła Witomiła Wołk-Jezierska, córka zastrzelonego w Katyniu porucznika Wincentego Wołka. Teraz niech pan przełoży teorię na praktykę – powiedziała Kamińskiemu, który przy pomocy Anny Stawickiej i 29-letniego Romana Karpińskiego bezskutecznie próbował szukać sprawiedliwości w rosyjskich sądach.

Stawicka i Karpiński rozpoczęli więc w Moskwie walkę o odtajnienie akt śledztwa katyńskiego i zrehabilitowanie pierwszej dziesiątki polskich żołnierzy. Ta dziesiątka jest dość przypadkowa. Ich rodziny najszybciej dostarczyły dokumenty. A każda osoba to teczka papierów, tłumaczenia na rosyjski, sterty dowodów i pełnomocnictw. W zamyśle Kamińskiego ta dziesiątka ma reprezentować wszystkich zamordowanych w Rosji w 1940 r. polskich oficerów. – Rodziny kolejnych ofiar nie będą już musiały przechodzić tej samej drogi – tłumaczy Kamiński. – Wystarczy, że powołają się na wcześniejsze przypadki, by składać skargi bezpośrednio do Strasburga.

Po tych pięciu latach Rosja wciąż nie chce uznać swojej winy, utajniła wszystkie dokumenty śledztwa i odmawia rehabilitacji ofiar, więc w zasadzie jest tak, jak Kamiński przypuszczał. – Czekam już tylko na pisemne uzasadnienia z rosyjskich sądów, by rozpocząć pracę nad pisaniem skargi – mówi. Jeśli Trybunał uzna zbrodnię katyńską za niepodlegające przedawnieniu ludobójstwo, będzie to precedens objęcia Konwencją ONZ w sprawie Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa z 9 grudnia 1948 r. wydarzenia o tym charakterze sprzed wejścia jej w życie. I otworzy się furtka nie tylko dla 22 tys. zamordowanych wówczas Polaków, ale dla wszystkich ofiar stalinizmu.

Pod stałą obserwacją

W Moskwie jedną z osób najbardziej zasłużonych dla sprawy katyńskiej jest płk Anatolij Jabłokow z głównej prokuratury wojskowej, który w 1992 r. przejął śledztwo od Aleksandra Tretiackiego. Dzięki tym dwóm prokuratorom udało się dotrzeć nie tylko do bezpośrednich sprawców, ale też ustalić wiele dodatkowych okoliczności sprawy. Odkryli na przykład, że w Miednoje pochowano jeńców z Ostaszkowa, a w Charkowie ze Starobielska. A&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]