POLITYKA

Poniedziałek, 24 lipca 2017

Polityka - nr 46 (3085) z dnia 2016-11-08; s. 94

Passent

Daniel Passent

Kawa po turecku

Jak informuje Anna Dąbrowska w POLITYCE, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów (czyli minister Kempa) skorygowała prenumeratę gazet i czasopism. Abonament „Gazety Wyborczej” zmniejszono na przykład z 59 do 2 (!) egzemplarzy. Ktoś może zapytać, dlaczego pozostawiono akurat dwa egzemplarze? To proste: jeden jest potrzebny w toalecie damskiej, a drugi w toalecie męskiej. Do niczego innego „Gazeta” się nie nadaje. Wynika to z opinii prawicy o „gazecie koszernej Sorosa i Michnika” i jej czytelników. Człowiek, którego jedyną lekturą jest „Wyborcza” i POLITYKA, to „byle głupek” – pisze „wSieci” Bronisław Wildstein, w końcu nie byle kto – odznaczony przez prezydenta Dudę Orderem Orła Białego i niezwykle ciepłą laudacją.

Nie chcąc uchodzić za byle głupka, a także w trosce o innych głupków, którzy ograniczają swoje lektury do „GW” i „P”, sięgnąłem po „Do Rzeczy” i „wSieci” – pisma cenione w obu pałacach. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to prawdziwa choroba na punkcie „Gazety Sorosa i Michnika”. Etiologię tej choroby wyłożył niedawno w POLITYCE prof. Władyka, więc ja, jak na głupka przystało, ograniczę się do rejestracji objawów. Otóż w wydaniu z 17 października każde z tych czasopism powoływało się na Michnika i jego gazetę przeciętnie około 20 (słownie: dwudziestu) razy, za każdym razem inaczej, co świadczy o dużej inwencji. Tamtego tygodnia czytelnicy dowiedzieli się (jeśli ktoś jeszcze nie wiedział), że „Gazeta” to „główny ośrodek ideologiczny płynnej rewolucji”, która – o zgrozo! – nawiązuje do marksizmu. „Od dawna już pełni funkcję biuletynu lewicowo-liberalnej części opozycji”, jest to gazeta „rozszlochana”, ponieważ nie udało jej się wcisnąć Polsce caracali za 13,5 mld zł, „z nadania Adama Michnika zaczął się kult wielkiego Pana Andrzeja” (Wajdy) itd., itp.

Mistrzem ceremonii 70-lecia Michnika był Waldemar Łysiak, który sprezentował całą kolekcję komplementów ze strony wielbicieli jubilata: pupil PZPR-owskiej nomenklatury, manipulator, człowiek złej woli, kłamca, oszust intelektualny, współpracownik Służby Bezpieczeństwa od 1968 r., paranoik, fanatyk nienawiści i agresji, winien iść do psychiatry, wielokrotnie brał udział w popijawach starej nomenklatury…

Na koniec felietonista „Do Rzeczy” subtelnie pointuje: „Drogi Jubilacie, błyszcz nam dalej niczym Gwiazda Przewodnia sześciokątna i wyznaczaj standardy (…)”.

Na tle tych uroczystych obchodów wyróżnia się artykuł Piotra Skwiecińskiego („wSieci”) pt. „Polska bez Wyborczej?”. W sieci publicystów swojego obozu Skwieciński należy do liberałów zdolnych do pewnego dystansu i samodzielności. Lubi się wychylić. Z jednej strony to zdeklarowany – jak wszyscy oni – przeciwnik „Gazety”. Z drugiej zaś, coś mu podpowiada, że „Wyborcza” to jednak jest jakaś wartość. „Trudno mi pisać ten tekst” – zwierza się publicysta – ponieważ „Gazeta” stała się czymś w rodzaju obsesji polskiej prawicy, niezdrowej fascynacji, a on, Skwieciński, zmuszony jest przyznać, że z drugiej („jednak ważniejszej”) strony, rola odgrywana w życiu kraju w latach 90. przez dziennik Michnika była „absolutnie bezprecedensowa w krajach zachodniej demokracji”. Gazeta pełniła rolę dyktatora polityczno-ideologicznego, była „wyznaniem wiary” większości inteligencji. Skwieciński wspomina o „fenomenie Adama Michnika”, a nawet o jego „legendzie”. Autor snuje refleksje na temat ewentualnego zniknięcia „Gazety”, po czym pisze: „Wbrew własnym emocjom powiem: ewentualne zniknięcie »Wyborczej« z rynku nie przyniosłoby samych dobrych skutków” (!!! – D.P.). Jego zdaniem to jedyne polskie medium posiadające taki potencjał intelektualny, świetnie osadzone wśród inteligencji, najważniejsze w mediach narzędzie pozwalające na penetrowanie rzeczywistości. „Niewesoła perspektywa” – kończy Skwieciński swoje podsumowanie „Gazety”.

Wynika z tego, że z rządowej kancelarii wycięto gazetę co prawda opozycyjną, ale mimo wszystko godną lektury przy kawie po turecku. To ważny sygnał dla administracji w całym kraju.

Na tym jednak nie koniec, czujność obowiązuje, bo zaraza wkrada się we własne szeregi. Oto kilka cytatów z tegoż wydania „Do Rzeczy”: „Już bezceremonialny, suchy ton pierwszych komunikatów prokuratury wojskowej o decyzji ekshumacji wszystkich ofiar katastrofy nie zapowiadał niczego dobrego (…). Taki sposób załatwienia sprawy można nazwać proszeniem się o awanturę”.

„Nie wiem, czy awanturka ministra Macierewicza z mistralami to świadome naśladownictwo czy spontanicznie objawiło się tu podobieństwo charakterów” (z Korwin-Mikkem).

„Konflikty w rządzie wybuchają nie tylko o kwestie planów politycznych”. Dowiadujemy się, że Morawiecki „się nosi”, prawie nikt go nie lubi, Ziobro jest traktowany jako obce ciało, Waszczykowski nie przepada za Macierewiczem – słowem, kłębowisko żmij.

Szwankuje komunikacja. Choćby CETA. „Pytamy Morawieckiego i mówi »Zdecydowanie popieramy«, kilka dni później rozmawiamy z Jurgielem, a ten: »Nigdy w życiu, zdecydowanie przeciw!« I bądź tu człowieku mądry – opowiada jeden z rozmówców”.

50 tys. zł dla fundacji, w której działa żona ministra Glińskiego. Przypadek? „Po roku »dobrej zmiany« w TVP nie zaprzątam sobie już głowy tym, dlaczego Jacek Kurski nie ma ambicji wykraczających poza robienie tępej partyjnej propagandy, za którą jego dziennikarze i doradcy w prywatnych rozmowach przepraszają”. Za trzy lata – martwi się autor – „może być trudno, jak po ledwie jednej czwartej kadencji ma się już prawie wszystkich poobrażanych ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]