POLITYKA

Czwartek, 24 kwietnia 2014

Polityka - nr 21 (2453) z dnia 2004-05-22; s. 80-82

Historia / Sztyletem i bronią

Jerzy Besala

Kiedy byliśmy terrorystami

Wobec Polaków zaborcy i okupanci stosowali terror jako system rządzenia: zesłania, egzekucje, zbiorową odpowiedzialność. Nie pozostawaliśmy dłużni. Obydwie role – terroryzowanych i terroryzujących – przeplatały się w naszych dziejach.

Szóstego czerwca 1876 r. przy Bulwarze Sewastopolskim w Paryżu podczas rewii wojskowej koniuszy cesarza Napoleona III zauważył wycelowaną broń. Ubódł konia, padł strzał, kula trafiła zwierzę. Były powstaniec Antoni Berezowski mierzył w cara Aleksandra II, siedzącego obok cesarza Francuzów. Zamachowiec pociągnął za spust po raz drugi, ale proch rozerwał lufę, raniąc jego i trzy przypadkowe osoby. Zamachowca schwytano i osądzono. Czyn terrorystyczny Berezowskiego miał być aktem zemsty za cierpienia narodu polskiego.

W dawnej Rzeczypospolitej, w państwie szlachty, nawet najbardziej tępi herbowi nie mieli poczucia krzywdy lub alienacji wynikającej z ustroju i praw. Każdy szlachcic mógł odreagować na sejmach, sejmikach, rokach sądowych, rokoszach i zajazdach wreszcie, wotując, krzycząc, w ostateczności dobywając szabli.

Zatem i aktów indywidualnego terroru wobec władców było niewiele. Szalony Michał Piekarski dybiący z czekanem na króla Zygmunta III Wazę (listopad 1620 r.) czy też konfederaccy „komandosi” Kazimierza Pułaskiego usiłujący porwać Stanisława Augusta (listopad 1771 r.) – to prawie nic w porównaniu z Europą trucizny i sztyletu. Dla Polaków było to niepojęte i groźne. Świetnie to ujął hetman Stanisław Żółkiewski na sejmie 1605 r.: „Zawsze ten cny naród polski wiary panom swym dotrzymywać i onych miłować zwykł. W inszych narodach pany swe kozikami kolą, a u nas z łaski Bożej nigdy nic takowego przeciw panu nie było zamyślone”. Żółkiewskiemu chodziło tu o zabójstwo króla Francji Henryka Walezego w 1588 r. przez fanatycznego mnicha Jacques’a Clementa; niebawem w 1610 r. od sztyletu padł też jego następca Henryk IV Burbon. W Anglii zginął od noża w 1628 r. książę Jerzy Buckingham. W Polsce powszechne było przekonanie, że nasze państwo nie znało terroru.

Dopiero utrata niepodległości i powstania narodowe w XIX w. wywołały sprawę terroryzmu jako odpowiedź na okupację i terror zaborców. W połowie XIX w. za największych konspiratorów i terrorystów (choć słowa tego wówczas nie używano) zaczęli uchodzić całkiem zasłużenie Polacy i Włosi. Przedstawiciele dwóch niegdyś potężnych państw dobijający się niepodległości imali się środków, które wówczas określano jako skrytobójstwa. Karbonariuszy włoskich bano się niczym asasynów w Ziemi Świętej w dobie krucjat; podobnie carscy urzędnicy obawiali się polskich sztyletników. Brak własnej armii, nierówność środków prowadziły do walki podstępnej, aktów gwałtu mających zastraszyć władze zaborcze albo stanowić akt zemsty za ich terror.

Opolskim terroryzmie, jako odpowiedzi na terror zaborcy, możemy chyba mówić w odniesieniu do Powstania Styczniowego (1863 r.). Dla ochrony tajnego rządu, władz i powstania utworzono bowiem oddziały żandarmów-sztyletników stałych i tajnych. Ci pierwsi mieli strzec władz powstania, drudzy, tajni, wykonywali wyroki sądów narodowych na urzędnikach carskich i polskich konfidentach. Rozpoczęli od zabójstwa naczelnika kancelarii tajnej w zarządzie oberpolicmajstra Warszawy Pawła Felknera. Powstała też terrorystyczna, słynna z brawury rota sieczna Ignacego Chmieleńskiego.

Sztyletnicy podejmowali zamachy na najwyższych urzędników: na margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, którego uznali za zdrajcę sprawy narodowej, i na rosyjskiego namiestnika wielkiego księcia Konstantego – nieudane. Najbardziej głośny stał się zamach bombowy na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie na namiestnika Królestwa gen. Teodora Berga – również nieudany. Zasztyletowano też wziętego publicystę Józefa Miniszewskiego na werandzie domu przy Rymarskiej 8 w Warszawie.

Generał carski Fiodor Trepow, który cudem uniknął śmierci podczas zamachu, wyliczył podczas Powstania Styczniowego 1007 ofiar terroru polskiego, w tym 951 śmiertelnych. Sztyletnicy siali grozę i niepewność pośród Rosjan i ich zwolenników, przebierając się za oficerów, urzędników, policjantów. Ponoć słynęli z tego, że nie powtarzali dwa razy tego samego planu. Ale „terror powstańczy nie był już w stanie sprostać terrorowi zaborczemu”, ocenił historyk Stefan Kieniewicz. Akcje sztyletników wygasły wraz ze schwytaniem przywódców (np. słynnego naczelnika warszawskich sztyletników Emanuela Szafarczyka, wydanego przez Feliksa Wiśniewskiego) i klęską powstania.

Doświadczenia polskie miały wpływ na pojawienie się terroryzmu rosyjskiego w skali masowej. Uzasadnienie teoretyczne dali właśnie Rosjanie, a nie Polacy: m.in. Michaił Bakunin, Piotr Kropotkin i Siergiej Nieczajew. Ten ostatni w „Katechizmie rewolucjonisty” z 1870 r. nakazuje zwolennikom terroru być przygotowanym na śmierć i całe swoje życie poświęcić jednej sprawie – rewolucji. „Duch zniszczenia jest jednocześnie duchem twórczym” – pisał Bakunin, i młodzi zapaleńcy, przejęci krzywdą społeczną, szli z rewolwerami urzeczywistniać idee anarchistycznie pojmowanej wolności.

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]