POLITYKA

środa, 29 marca 2017

Polityka - nr 42 (2727) z dnia 2009-10-17; s. 16-18

Temat tygodnia

Jacek Żakowski

Kiedy potwór przebija skorupę

Potwory nie umierają. Są z nami od zawsze i na zawsze. Trzeba się nauczyć żyć tak, by ich nie budzić i żeby przeżyć, kiedy się obudzą.

Widzieliście „Rodana – latającego potwora”? Miałem z dziesięć lat, gdy pierwszy raz zobaczyłem go w kinie, jak kruszył skorupę ożywionego przez przypadkowy wybuch omszałego jaja. Kurczyłem się w wielkim kinowym fotelu, gdy ze skorupy wysuwały się oślizłe gadzie łapy, a potem reszta cielska. Drżałem, kiedy burzył wieżowce i rozdeptywał czołgi. Później jeszcze kilka razy widziałem tę scenę. W kinie i na żywo.

Najpierw jest zawsze wybuch. Na przykład wiadomość o szczegółach wizyty Rywina u Michnika. Szok. Skandal. Rośnie temperatura. Jaja nabierają życia. Albo zamach na nowojorskie wieże. Przerażenie. Wściekłość. Wrzenie. Zemsta. Jaja w mig pękają. Albo aresztowanie Romana Polańskiego. Zaskoczenie. Bezradność. Gniew. Albo wydrukowanie podsłuchanej rozmowy polityka z lobbystą. Żenada. Wstyd. Złość. Rodan wyłazi z jaja.

W takiej chwili łatwo się zagapić. Bo to się dzieje z dnia na dzień. Albo czasem z godziny na godzinę. Kiedy jaja pękną, nagle i radykalnie zmienia się mechanika życia publicznego. Racjonalne staje się nieracjonalne. Co dotychczas było oczywiście słuszne, teraz staje się oczywiście niesłuszne. Kto tego nie zauważy, tego potwory pożrą.

Leszka Millera pożarły, bo tego nie zauważył. Wiele lat minęło, a niczego wciąż nie udowodniono jemu ani jego najbliższym współpracownikom. Lew Rywin znów gnije w kryminale i jest tam tak beznadziejnie długo, że na zdrowy rozum powinien już sypać każdego, o kim ma cokolwiek do powiedzenia. Można więc chyba racjonalnie przyjąć, że nie ma kogo sypać. Za jakiś czas być może takie przekonanie zwycięży. A może nawet dotrzemy do wiedzy, która jakoś inaczej wyjaśni to, co się działo pod nazwą „afery Rywina”. Ale Leszek Miller, który uparcie powtarzał, że nie ma sprawy, że nie popełniono przestępstwa, że nie ma o czym mówić i zachowywał się tak, jakby wierzył, że wszystko jest jak dawniej – popełniał samobójstwo. Im donośniej rząd twierdził, że nic się nie stało i nic się nie zmieniło, tym bardziej się właśnie stawało i zmieniało.

Pamiętam taką scenę z „Rodana – latającego potwora”, kiedy japoński generał wysłał przeciw niemu czołgi i kazał im strzelać. Rodan najpierw przyglądał im się ciekawie, bo ich pociski kaleczyły go jak żądła komara. A potem się wkurzył i kopnął je, jak kupkę kamyków leżących na chodniku. Na tyle zdała się działająca według sztuki wojennej regularna armia przeciw potworowi. I z grubsza na tyle zdała się armia partyjnych urzędników Millera, próbujących działać zgodnie z regułami codziennej polityki, pragmatyki, prawa i logiki. Nie mieli żadnej szansy, bez względu na to, w jakim stopniu racja była po ich stronie. Bo potwór wyszedł z jaja głównie z tego powodu, by ich unicestwić. Nie mógł dać się przekonać, że powinien wrócić do skorupy.

W podobnej sytuacji znaleźli się filmowcy i ministrowie, którzy w obronie Romana Polańskiego podnieśli mniej i bardziej słuszne lub niesłuszne argumenty. Myślę, że nie zauważyli, kim z punktu widzenia społecznej dynamiki sekundę po aresztowaniu stał się Roman Polański. A stał się figurą ich wszystkich – libertyńskich lub podejrzewanych o libertyństwo artystów, zblatowanych lub podejrzanych o zblatowanie elit, wywyższających się lub podejrzanych o wywyższanie się katonów, profesorków, mądrali. Społeczne emocje wobec Polańskiego nie dotyczą przecież tylko Polańskiego. Są figurą stale drzemiącego i czasem wybuchającego napięcia. Dlatego tak błyskawicznie kwestia jego winy stała się kwestią wszystkich, którzy w jego obecnym losie widzą jakiekolwiek znaki zapytania.

Z punktu widzenia społecznego efektu nie ma wielkiego znaczenia, który argument przeciwko decyzji Szwajcarów jest trafny, a który nie do przyjęcia. Bo każdy przyjęty argument wychłodziłby żar antylibertyńskiej krucjaty. A krucjata ze swej natury umiera, gdy dopuści refleksyjność czy deliberatywność. Krzyżowcy nigdy nie doszliby do Jerozolimy, gdyby zaczęli przy ogniskach roztrząsać wady i zalety chrześcijaństwa oraz islamu. Dla krucjaty przeciw libertynom, podobnie jak dla krucjaty przeciwko agentom i muzułmanom, bezrefleksyjność jest racją istnienia. Rodan wyłazi z jaja właśnie z tego powodu, że świat czuje się czasami zmęczony ważeniem, mierzeniem, cyzelowaniem wszystkiego. Wdając się w zawiłości problemu winy i kary latający potwór stałby się gryzipiórkiem, podważyłby sens swojego przebudzenia i zwaliłby się na ziemię.

Donald Tusk jest pierwszym polskim politykiem, który w czas zrozumiał tę zmianę mechaniki dokonującą się wraz z trzaskiem pękającego jaja. Nie wiem, co premier rzeczywiście myśli o postępowaniu swego otoczenia, ale mam poczucie, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]