POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 49 (3088) z dnia 2016-11-30; s. 102

Passent

Daniel Passent

Kik – wieczny tułacz

Wspierałem siły, które niszczyły kraj – wyznaje bez bicia politolog habilitowany, dr Kazimierz Kik, w konfesjonale redaktor Elizy Olczyk na łamach „Rzeczpospolitej”. Niecodzienne wyznanie sprawiło, że postanowiłem zapoznać się z treścią spowiedzi człowieka, który dotychczas nie budził mojego większego zainteresowania – teraz już wiem dlaczego. Otóż w życiu blisko 70-letniego profesora tak wiele działo się przypadkiem, tyle było wiraży i zakrętów, że niech się schowa ze swoim nawróceniem nawet Stanisław Piotrowicz – w PRL prokurator, a obecnie czołowy obrońca demokracji i praworządności przed gangiem Rzeplińskiego (patrz jego rozmowa „wSieci”).

Kazimierz Kik wstąpił za młodu do PZPR, w czym nie byłoby niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że został członkiem „na przekór kolegom z ZMS, którzy chcieli mnie wciągnąć do polityki. A będąc kandydatem na członka PZPR, zorganizowałem demonstrację w 1970 r.”. Młody Kik został wówczas „okropnie spałowany”, co „na długo wyleczyło go z polityki”. Dopiero później został lektorem KC PZPR, ale za to nie pałowano.

Stanisław Piotrowicz natomiast wstąpił do PZPR przed egzaminem na prokuratora, który zdał („Nieskromnie powiem, że najlepiej z całej grupy”), ale przedtem stanął wobec wyboru: „Albo dopuszczenie do egzaminu i zapisanie się do partii, albo do widzenia. Tak, można było oczywiście zachować się bohatersko, ale to wiem dzisiaj. Wówczas (…) jako młody chłopak w trudnej sytuacji życiowej, na prowincji, nie widziałem innej możliwości”.

Będąc w partii, obaj towarzysze kopali pod nią dołki. Za swoją działalność w 1980 r. Kik „o mało” nie został „wyrzucony z PZPR, z pracy i mieszkania, które miał dzięki pracy”. Wtedy Tadeusz Fiszbach, liberalny działacz partyjny, tworzył akurat Polską Unię Socjaldemokratyczną, do której Kik zgodził się na wiceprzewodniczącego, ale okazało się, że Fiszbach ciąży ku Wałęsie. „Na to nie mogłem się zgodzić” – mówi kategorycznie profesor. Wkrótce okazało się, że „musiał zapisać się do SLD”, bo tylko wtedy mógł stanąć na czele instytutu tej partii. Jak zwykle w życiu Kika, stało się to jak gdyby obok niego. To był pomysł Marka Dyducha (sekretarz generalny SLD): „On mnie wymyślił i wcisnął Millerowi”.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że Miller wysłał polskie wojsko do Iraku, więc Kik wystąpił z kolejnej partii. Gdyby został – toby było zdradą socjaldemokracji, bo światowa lewica była przeciwna interwencji. „Takie kompromisy są nie dla mnie – mówi. – Albo mamy zasady i wartości, wokół których się organizujemy, albo jesteśmy do kupienia”.

Bezkompromisowa postawa dr. Kika zmusza go do kolejnej wolty, każe mu w roku 2005 poprzeć… Donalda Tuska. Wszedł do komitetu poparcia kandydata PO w Kielcach, „ale to było działanie przeciwko PiS, a nie za PO”. Postanowił poprzeć liberalną, europejską część sceny politycznej, „ale to był epizod” – zapewnia. Kiedy ówczesna minister Kudrycka nie dała mu obiecanej szansy, a Donald Tusk otwarcie powiedział, co myśli o politologach, „zawrzałem gniewem na PO”. Zaczął podsumowywać efekty jej rządów: „Wyszło mi, że albo jestem głupi, albo ślepy, bo popierałem władzę, która doprowadziła do wyemigrowania prawie 3 mln Polaków, do opanowania polskiej gospodarki przez obcy kapitał, do zubożenia ogromnej części społeczeństwa, do pojawienia się umów śmieciowych, do zablokowania młodzieży perspektyw rozwojowych”.

Na chwilę obecną – jak się teraz mówi – profesor połapał się, że „przez wiele lat wspierał siły, które niszczyły kraj” i gdyby utrzymały się one u władzy jeszcze 10–15 lat, „doprowadziłyby do całkowitego upadku Polski”. W kraju pozostaliby tylko renciści, emeryci i nieuki, a cała nasza gospodarka wpadłaby w obce ręce. Profesor zaczął podsumowywać swoje przemyślenia i wyszło mu, że „PO i jej poprzednicy to były rządy antynarodowe. Dopiero PiS ma jakąś sensowną ofertę. Założenia programowe rządu Beaty Szydło są świetne, zarówno jeśli chodzi o politykę socjalną, jak i plan pobudzenia gospodarki Mateusza Morawieckiego”.

Pojawił się rząd, który robi coś dla ludzi – mówi profesor politologii Kazimierz Kik. Reformę edukacji ocenia jako doskonałą. „Państwo polskie wymaga mocnego szarpnięcia cugli, nawet kosztem demokracji”. Trybunał Konstytucyjny musi być prorządowy, a nie platformiany, bo inaczej żadna reforma by nie przeszła. „Być może niektóre rzeczy trzeba będzie zmieniać nawet siłą. Ale musimy przez to przejść” – mówi, poniekąd w naszym imieniu, profesor. Nietrudno się domyślić, którą partię ma teraz profesor na oku. Żeby tylko znalazł się ktoś, kto go wciśnie prezesowi… Zapytany przez Elizę Olczyk, czy ma jeszcze jakieś ambicje polityczne, profesor Kik odpowiada z rozbrajającą szczerością: „Nie ma takiej partii, która by mnie chciała”. Trudno się dziwić.

W lepszej sytuacji jest Stanisław Piotrowicz, człowiek równie bezkompromisowy, który przytulił się do PiS i tego się trzyma. W poprzednim wcieleniu pracował w prokuraturze „aż do stanu wojennego, kiedy nie mógł już wytrzymać”, ale za namową księdza („Zostań tam, bo ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]