POLITYKA

Czwartek, 27 lipca 2017

Polityka - nr 40 (3079) z dnia 2016-09-28; s. 100-102

Ludzie i style / Wydarzenia

Zdzisław Pietrasik

Kino ma obowiązki

Na poprzednim festiwalu Janusz Majewski namawiał młodych reżyserów, by zaczęli robić bardziej pogodne filmy. Teraz zmienił zdanie, odbierając Platynowe Lwy, radził im, aby przede wszystkim byli sobą, „bo przez ten rok coś się zmieniło”.

Czy było to zamierzone, czy nie, doszło w tym roku w Gdyni do zderzenia – wprawdzie poza konkursem, ale jednak – dwóch różnych koncepcji kina zaangażowanego, mówiącego o ważnych polskich sprawach. Z jednej strony „Smoleńsk” Antoniego Krauzego, z drugiej zaś „Powidoki” Andrzeja Wajdy.

Krauze na spotkaniu z publicznością zapewniał, iż jest twórcą w pełni niezależnym i nikt mu niczego nie próbował narzucać. W rozmowie z gazetą festiwalową przekonywał nawet, że jego film spotyka się z ciepłym przyjęciem, a jak odnotowała prowadząca rozmowę dziennikarka, w trakcie wywiadu podeszła do reżysera pewna kobieta i podała mu kwiaty w donicy. W kuluarach przeważały jednak bardzo chłodne opinie, oględnie mówiąc, co chyba docierało do ekipy „Smoleńska”, ponieważ zachowywała dystans wobec pozostałych uczestników festiwalu.

Wajdę przyjmowano zaś owacyjnie. Co tam Wajdę, nawet zapowiadająca „Powidoki” Grażyna Torbicka dostała owacje, jakich pewnie w życiu nie słyszała. Gest wobec mistrza wykonało też jury, przyznając mu Specjalną Pozakonkursową Nagrodę, czego dotychczas w historii festiwalu nie praktykowano wobec filmów niebiorących udziału w wyścigu po gdyńskie Lwy. Reżyser usłyszał ze sceny, iż jego film opowiadający o Władysławie Strzemińskim, wybitnym artyście zniszczonym przez reżim komunistyczny, jest dzisiaj bardziej aktualny niż kiedy powstawał. To zdanie padało również na konferencjach prasowych po prezentacjach filmów, w których bohater zderzał się z układem politycznym bądź stawał się ofiarą manipulacji.

Pozmieniało się nie tylko na ekranie, ale i na widowni. Publiczność zaczęła odzyskiwać słuch na aluzje, reagując natychmiast na padające z ekranu kwestie, które odnoszą się w mniej lub bardziej widoczny sposób do współczesności. Kiedy przykładowo w „Zaćmie” Ryszarda Bugajskiego przemawiający w radiu dostojnik komunistyczny ogłasza, jakie obietnice dobra władza złożyła społeczeństwu i że dotrzyma słowa, w niektórych rzędach można było usłyszeć lekki szmerek i śmiechy.

W dawnym stylu przebiegała gala finałowa, podczas której występujący artyści wykorzystywali okazję, by oprócz odczytania zwyczajowej formułki, przypomnieć, jakie obowiązki ma dzisiaj polskie kino. Jak należało się spodziewać, najostrzej wystąpiła reżyserka teatralna (a ostatnio także serialowa) Monika Strzępka, która wygłosiła wręcz pean na cześć wolności twórczej. Atmosfera kontestacji „w dawnym stylu” udzieliła się nawet prezesowi telewizji Jackowi Kurskiemu, który swą nagrodę za „Wołyń” postanowił wręczyć reżyserowi nie na scenie, lecz na schodach, tak jak w latach 70. dziennikarze honorowali Wajdę za „Człowieka z marmuru”. Happening się jednak nie udał, ponieważ Wojciech Smarzowski odmówił udziału. Wprawdzie później pojawiła się wiadomość, że autor „Wołynia” odbierze jednak prezesowe 100 tys. zł w Warszawie, ale tak czy inaczej Kurski postawił w kłopotliwej sytuacji nie tylko twórcę, ale także siebie.

Naprawdę dobra zmiana

Mimo należytych honorów oddawanych mistrzom, ten festiwal należał do młodych. Zaczęło się od ceremonii otwarcia, kiedy pokazano nie dzieło któregoś z zasłużonych twórców, lecz „Królewicza olch” Kuby Czekaja (rocznik 1984). Na 16 konkursowych filmów aż 7 było debiutami. Można by wręcz powiedzieć, że pokazała się naprawdę dobra zmiana – pokolenie twórców urodzonych w latach 80., dla których nawet wydarzenia z najnowszych historii Polski należą już do odległej przeszłości. Oni mają swoje tematy, inną wrażliwość, przede wszystkim zaś, wychowani na kulturze obrazkowej, potrafią robić film z biegłością, którą starsi koledzy osiągali niegdyś dopiero po latach albo i nigdy.

Najlepszym filmem roku została „Ostatnia Rodzina” Jana P. Matuszyńskiego (rocznik 1984), nagrodzona Złotymi Lwami, ale także – co zdarzało się w historii festiwali niezmiernie rzadko – nagrodą publiczności i nagrodą dziennikarzy. Podobać się równocześnie jurorom, widzom i krytykom – to naprawdę osiągnięcie rekordowe. Reżyser potrafił wzorowo pracować z aktorami, czego efektem są nagrody dla Andrzeja Seweryna i Aleksandry Koniecznej, czyli ekranowego Zdzisława Beksińskiego i jego żony Zofii. Grający syna Tomasza Dawid Ogrodnik nie został doceniony, choć też zagrał przyzwoicie, niemniej jego postać została chyba narysowana przez scenarzystę zbyt grubą kreską. Jak wynika z ukazującej się właśnie biografii Wiesława Weissa „Tomek Beksiński. Portret prawdziwy”, był on postacią bardziej skomplikowaną.

Matuszyński nakręcił film dziejący się właściwie w czterech ścianach mieszkania na warszawskim Służewie, dokąd z Sanoka przeniosła się rodzina Beksińskich (małżonkowie, dwie babcie i dochodzący z sąsiedztwa syn). Żyją razem, ale obok siebie, każdy w odrębnym świecie, wyjątkiem nie jest nawet sypialnia małżeńska. Na pierwszym planie jest malarz, artysta utrwalający na taśmach najbardziej nawet prozaiczne sytuacje codzienne, tworzący w domu rodzaj reality show. Jakby prawdziwym życiem było tylko to, co zostanie utrwalone i zapisane. Syn jest impulsywny i chimeryczny, między mężczyznami dochodzi do spięć, które stara się zneutralizować matka. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]