POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 28 (2713) z dnia 2009-07-11; Polityka. Niezbędnik Inteligenta. Wydanie 18 ; s. 33-38

Społeczeństwo. O ludziach pracy umysłowej

Jerzy Jedlicki

Kłopoty z inteligencją

Teza o zanikaniu inteligencji powraca uporczywie w ostatnim 20-leciu. Coraz to ktoś oznajmia w prasie lub w mediach, że inteligencja właśnie „schodzi ze sceny” – ale jakoś nigdy nie znika do końca i zawsze coś pozostaje do następnego zejścia.

1. Kłopot z definicją

W niemal każdym polskim tekście na temat inteligencji – historycznym bądź publicystycznym – pojawia się od razu na wstępie uwaga, że termin ten jest niejednoznaczny i trzeba się umówić, w jakim sensie będzie się go używać. Spostrzeżenie takie jest słuszne, lecz banalne. Chodzi o to, że wieloznaczne i nieostre są wszystkie bodaj pojęcia, jakich używa historyk społeczny, w szczególności wszelkie nazwy zbiorowe, przynajmniej w odniesieniu do społeczeństwa nowożytnego.

Jeżeli weźmiemy dla przykładu pojęcie szlachty, to traciło ono wyraźny swój kontur wraz z postępującym rozpadem społeczeństwa stanowego. W piśmiennictwie XIX w. słowo szlachcic mogło oznaczać: (1) właścicieli ziemskich, (2) potomków rodów szlacheckich, (3) tzw. szlachtę wylegitymowaną, to znaczy osoby wpisane do rejestrów szlachty prowadzonych przez państwowe urzędy heraldyczne na podstawie rosyjskiego lub austriackiego prawodawstwa, (4) ludzi zachowujących dawne patriarchalne obyczaje szlacheckie. Można było być szlachcicem w jednym z tych znaczeń, a nie kwalifikować się do szlachty w innych znaczeniach. Mimo to nazwa ta była powszechnie używana, a w jakim kiedy była brana znaczeniu, to zależało od kontekstu wypowiedzi. Podobnie np. słowo Żyd traciło swoją jednoznaczność, odkąd mogły się rozchodzić jego kryteria genealogiczne, wyznaniowe i narodowe.

Dzieje się tak dlatego, że klasy społeczne i populacje etniczne w nowoczesnym społeczeństwie nie mają charakteru kastowego, ich granice stają się nie tylko przekraczalne, ale tracą też swój wyraźny dawniej kontur. Co za tym idzie, tracą wyrazistość również ich nazwy, rozszczepiają się znaczenia i rozchwiany staje się zakres każdego z nich. Historyk może co prawda wprowadzać do swego opisu kategorie arbitralnie przez siebie zdefiniowane, a nawet przez siebie wymyślone, lecz będzie się wówczas posługiwał językiem sztucznym, mało komunikatywnym i rozmijającym się ze słownictwem źródeł. Jak się zdaje, mało kto podąża z sukcesem naukowym taką drogą i my także jej nie zalecamy. (Ilekroć w tym artykule używam zaimka „my”, mam na myśli autorów „Dziejów inteligencji polskiej do roku 1918”). Historyk musi iść w ślad za historycznie uformowanym pojęciem, obserwując jego przygody i zmienne losy. Tak też staraliśmy się czynić pisząc „Dzieje inteligencji”, co jednak nie uchroniło nas – bo nie mogło uchronić – przed kłopotami z definicją.

Najwcześniejsza polska definicja inteligencji i zarazem pierwsza w ogóle znana wypowiedź zawierająca tę nazwę pochodzi z 1844 r., z rozprawy Karola Libelta, filozofa wykształconego w Berlinie, a osiadłego w prowincji poznańskiej. Otóż Libelt, pod wpływem szkoły heglowskiej, uznał, że inteligencję stanowią „ci wszyscy, co troskliwsze i rozleglejsze odebrawszy po szkołach wyższych wychowanie, stają na czele narodu jako uczeni, urzędnicy, nauczyciele, duchowni, przemysłowi zgoła, którzy mu przewodzą wskutek wyższej swojej oświaty”.

Jak łatwo zauważyć, definicja ta łączy w sobie kryteria wykształcenia, zawodu i przez nie jakby zdeterminowane aspiracje do narodowego przywództwa.

To połączenie stać się miało źródłem licznych nieporozumień, dających znać o sobie po dziś dzień. Przez wielu ludzi bowiem inteligencja zaczęła być pojmowana jako moralna i wzorcowa elita społeczeństwa pozbawionego prawa do publicznej ekspresji przekonań, a co za tym idzie, zaliczenie do inteligencji mogło być odczuwane jako rodzaj nobilitacji w duchu wysoce romantycznym. I tak autor programowego artykułu w lwowskim czasopiśmie w 1861 r. pisał: „Od swoich członków, by móc nazwać ich inteligencją, społeczeństwo wymaga rozumienia sprawy narodowej, ukochania jej, pracowania i poświęcania się dla niej, słowem wymaga miłości ojczyzny (...). Wyraz ten w pojęciu polskiem ma jakieś duchowe, niezmierzone okiem ramiona (...), żadną więc miarą nie może być zastosowany jedynie do specjalizmu”.

Egzaltacja taka była zrozumiała w roku patriotycznych manifestacji, które w samej Warszawie pochłonęły setki ofiar. Ruch, który z nich się wywiódł, by doprowadzić do tragicznego powstania 1863 r., był w rzeczy samej kierowany przez młodą inteligencję.

Od tamtej pory przyjęło się w piśmiennictwie polskim uważać, że inteligencję cechować ma, niejako z natury rzeczy, przekonanie, iż wykształcenie łączyć się winno z obowiązkiem służby narodowej i społecznej, aż stało się to, pod piórem wielu autorów, wręcz definicyjnym warunkiem, który jeszcze dzisiaj pojawia się w takiej wysublimowanej formie. Jak wiadomo, w myśli rosyjskiej, która pojęcie inteligencji przyjęła o ćwierć wieku później od polskiej, stało się ono jeszcze wyraźniej naznaczone wartościami służby ludowi i postępowi społecznemu.

Autorzy „Dziejów inteligencji polskiej” stanęli jednak zdecydowanie na stanowisku, że ożywiającym inteligencję ideałom, jej etosowi, „misji” czy „przywództwu” ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]