POLITYKA

Niedziela, 26 marca 2017

Polityka - nr 36 (2721) z dnia 2009-09-05; s. 46-48

Kultura

Justyna Sobolewska

Kocham Julka

Prof. Alina Kowalczykowa o najbardziej niedocenionym polskim romantyku

Justyna Sobolewska: – Obchodzimy dwusetną rocznicę urodzin Juliusza Słowackiego. Co dzisiaj dzieje się z jego twórczością?

Alina Kowalczykowa: – Jej znaczenie ogromnie rośnie. Jeszcze niedawno to twórczość Mickiewicza wyznaczała nasze standardy patriotyzmu, heroizmu i martyrologii; Słowacki żył w głębokim cieniu pierwszego wieszcza. Mickiewicz powiedział wprawdzie, że jego twórczość jest jak kościół, co Słowackiego zachwyciło, ale Adam dodał od razu: jak kościół bez Boga, czyli bez ducha ojczyzny. Dziś się to zmienia: nikt nie kwestionuje wielkości Mickiewicza, ale obserwujemy powrót do Słowackiego. Odkrywamy w romantyzmie wartości współbrzmiące z naszym czasem.

Mickiewicz napiętnował też ojczyma Słowackiego, doktora Bécu, jako zdrajcę. Zabił go piorun kulisty. I to zostało odczytane jako znak Boży.

Słowacki kochał doktora Bécu, ojca nie pamiętał. Ich młodzieńcze biografie były tak różne... Mickiewicz miał młodość żarliwego patrioty i wieszcza; młodego Słowackiego stylizowano wedle wzorca oderwanego od życia romantycznego poety. Życzliwi mu historycy literatury wspominali jednak o patriotycznej atmosferze, otaczającej go od dzieciństwa. Sugerowano, że „w saloniku pani Salomei” nie tylko bywała śmietanka profesorów uniwersytetu, lecz i spiskowali filomaci (co nie jest prawdą). Działał ten salonik i potem, tyle że miejsce polskiej elity zajęli Rosjanie. Pani Bécu wprowadzała dorastającego Julka w to towarzystwo. Bywał u osławionego Pelikana, spotykał na herbatce Nowosilcowa. Nie był to klimat szczególnie patriotyczny.

W Warszawie jego życie całkiem się zmieniło, zaczął pracować w banku.

Był inteligentem w trzecim pokoleniu i nie wyobrażał sobie, że można nie pracować, a tylko pisać wiersze. Starał się bardzo o uzyskanie stałej posady. Nie miał w Warszawie przyjaciół, czuł się osamotniony. I w tym właśnie czasie dokonał się przełom w jego świadomości; po wybuchu powstania listopadowego nieoczekiwanie stał się jego bardem, napisał cztery wiersze wzywające do boju Polaków i Litwinów, jeden z nich przedrukowywano w grudniu aż ośmiokrotnie. Co więcej, zrezygnował z wymarzonej posady po to, by zostać sekretarzem nowo powstałego Rządu Narodowego. Niesamowite! Ale niektórzy wymawiają mu, że 8 marca opuścił Warszawę; a przecież po bitwie grochowskiej wszyscy byli pewni, że powstanie upadnie, i nastąpił masowy exodus. Słowacki był prawdziwym patriotą i na ile mógł, pomagał sprawie powstania. Mickiewicz nie dojechał. Gdy wybuchła Wiosna Ludów – Mickiewicz pojechał do Rzymu do papieża, poważnie już chory Słowacki od razu udał się do Poznania, wziął udział w zebraniu sztabu. Natychmiast, bez wahań.

Czy rzeczywiście był tak chorowity i delikatny, jak się o tym słyszy?

Ta delikatność pasowała do wizerunku romantycznego poety. Ale chyba warto ją trochę odkłamać. Jeśli widzimy Słowackiego słabego fizycznie i psychicznie, to jego życie staje się dosyć bezbarwne. A było trochę inaczej. Julek, jak wiemy, potrafił najdłużej tańczyć walczyka (zrobił z Hersylką, przyrodnią siostrą, 280 okrążeń!), a kiedy pojechał do Ziemi Świętej, wszyscy padali ze zmęczenia, a on wsiadał na konia. Wdrapywał się na góry i pagórki – nie mógł być bardzo chorowity.

Wygląda na to, że wbrew stereotypowi romantycznego poety z głową w obłokach Słowacki mocno stąpał po ziemi.

Z zapałem poznawał świat. Zwiedzał muzea, zachwycał się kościołami, lubił to, co dziś nazywamy „popkulturą”: zabawy ludowe i fajerwerki, znał paryską kostnicę. Biegał na sztuczydła do teatrów, by zobaczyć ulubioną aktorkę. (Mickiewicz pogardzał takimi rozrywkami – bywał tylko w operze). Gdy Słowacki oglądał z zachwytem fontanny Wersalu, obliczał od razu, ile kosztuje puszczenie wód; grał na giełdzie. Interesował się osiągnięciami nauki i cywilizacji. Podczas podróży statkiem na Wschód przyciągały jego uwagę machiny parowe. W Londynie oglądał budowę tunelu pod Tamizą, jadąc pociągiem z Paryża nad morze obliczał przeciętną prędkość. Wychowany był w rodzinie obojętnej religijnie, ale jakże pięknie pisał o Bogu („Beniowski”!). Ślady jego zainteresowań ekonomicznych pojawiają się w dramatach; na przykład datę powstania „Fantazego” można wiązać ze wspomnianym w utworze autentycznym kryzysem na europejskim rynku cukru. Podoba mi się jego sposób życia, dążenie do wykorzystania każdej chwili i nawet skłonność do egzaltacji. Kocham go, choć gdybym go znała, z pewnością by mnie drażnił swym niebotycznym egocentryzmem.

To sprawy biografii – ale dzisiaj, gdy następuje odwrót od romantycznej tradycji, co w jego twórczości może przyciągać czytelnika?

Odwracamy się chyba tylko od stereotypu, utożsamiającego romantyczną tradycję z opartym na niepodległościowych dążeniach wzorcem patriotyzmu; pozwolił on ojczyźnie przetrwać i zmartwychwstać, ale dziś musi być uaktualniony. Pozostaje romantyzm tradycją żywą, jeśli dostrzegamy także inne jego wartości, uosobione najpełniej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Alina Kowalczykowa – historyk literatury, profesor w Instytucie Badań Literackich PAN, obecnie wykłada w Warszawskiej Wyższej Szkole Humanistycznej. Autorka wielu książek, m.in.: „Romantyczni szaleńcy” (1977 r.), „Warszawa romantyczna” (1987), „Słowacki” (1994 r.), „Świadectwo autoportretu” (2008 r.), „Romantyzm. Nowe spojrzenie” (2008 r.).