POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 23 (3113) z dnia 2017-06-07; s. 18-19

Polityka

Piotr Pytlakowski

KOD w sieci

Kiedy powstawał Komitet Obrony Demokracji, ludzie skrzykiwali się na Fejsie. Zaufali sobie, a potem boleśnie się przekonali, że nie każdemu można ufać. Wielu mówi, że nikt tak nie zaszkodził ruchowi, jak Piotr Chabora. Tajemnicza postać.

Krzysztof Król, członek poprzedniego zarządu stowarzyszenia KOD, z własnego doświadczenia z czasów działalności w KPN wie, że nie da się stworzyć sprawnej organizacji z całkowicie wolnych elektronów. – Kiedy jakiś ruch społeczny tworzą ludzie z jednego środowiska, szanse na rozwój są duże – mówi. – A w KOD na początku nikt nikogo nie znał. Dlatego kryzysy były nieuniknione. I nastąpiły.

Joanna Roqueblave, która z zarządu KOD odeszła w lipcu 2016 r., wspomina, że na jedno z pierwszych spotkań w lokalu przy Olesińskiej w Warszawie skrzyknięto się na Facebooku. – Spodziewano się 30, najwyżej 40 osób, a tu pojawiło się chyba ze dwieście. I do tego sami nieznajomi.

Przypomnijmy: ideę powstania KOD i nazwę zaproponował w tekście publicystycznym na portalu Studio Opinii Krzysztof Łoziński, opozycjonista z czasów PRL i współpracownik Komitetu Obrony Robotników. Pierwszy podchwycił ten pomysł Mateusz Kijowski, o którym niewiele wiedziano. To on zaczął zwoływać ludzi i w sposób naturalny wyrósł na lidera. Wokół miał ludzi, których nie znał. Można rzec, że narodził się ruch no-name’ów.

Długie czekanie na wybory

Założycieli stowarzyszenia, inaczej mówiąc, pionierów KOD, było 21. – Grupa trochę przypadkowa, na zebranie założycielskie ktoś się wybierał, ale nie dojechał, inny zachorował, w zamian przyszedł ktoś niezapowiedziany – wspomina Kijowski.

Na początku napędzał ich entuzjazm i gniew. Entuzjazm, bo to nie lada przeżycie uczestniczyć w tworzeniu od zera ruchu społecznego. Gniew dotyczył wydarzeń: zamachu na Trybunał Konstytucyjny, niedrukowania wyroków, niezaprzysięgania sędziów wybranych legalnie, ułaskawienia Kamińskiego i Wąsika. Z gniewu narodził się sprzeciw. KOD był od początku społecznym ruchem protestu.

Kiedy skrzykują się do wspólnego działania nieznani sobie ludzie, kryzys musi wcześniej czy później nastąpić. W KOD kryzys wywołały słynne faktury, przy pomocy których wypłacono Kijowskiemu 90 tys. zł. – Sprawa była prosta, Mateusz przez pracę dla KOD stracił możliwość zarabiania pieniędzy. Zaproponowałem, żeby mu to jakoś zrekompensować – mówi Krzysztof Król.

Według Kijowskiego wypłacanie mu czegoś w rodzaju pensji przy pomocy faktur za rzekome usługi internetowe to autorski pomysł Piotra Chabory, późniejszego skarbnika stowarzyszenia, a wcześniej jednego z założycieli KS (Komitetu Społecznego KOD). KS miał zajmować się publiczną zbiórką pieniędzy, bo stowarzyszeniu takie uprawnienie nie przysługiwało. Problem w tym, że Komitet powinien zebrane środki przekazywać stowarzyszeniu, a nie wypłacać za faktury. Kijowski wystawił Komitetowi sześć faktur, każda opiewała na sumę 15 tys. zł. Kiedy wiedza o tym dość pokrętnym sposobie wynagradzania lidera wyciekła, wybuchł skandal. Mateusz Kijowski z dnia na dzień stracił markę. Uznano, że jest dla KOD balastem. Wzywano go do rezygnacji z funkcji przewodniczącego, do usunięcia się w cień, przynajmniej do pełnego wyjaśnienia sprawy. Ale Kijowski postawił się twardo. Nie odejdę, nie teraz.

– To facet o rozbuchanym ego. Nie myślał o KOD, tylko wyłącznie o sobie – mówi jeden z jego krytyków. A Jarosław Marciniak, członek zarządu od samego początku, kiedyś nazywany cieniem Kijowskiego, bo nie odstępował go na krok, dodaje: – Mateusz wygrywał konflikt dla siebie. Puszczał komunikaty: to oni źle pracują, jestem osamotniony.

KOD podzielił się na zwolenników i przeciwników swojego przywódcy. Nie wiadomo, w jakich proporcjach, bo trudno szacować wyłącznie na podstawie Facebooka, a głównie tam toczyła się debata. Stowarzyszenie liczące ponad 9 tys. członków istniało już tylko siłą inercji. Czekano na wybory nowego zarządu jak na zbawienie, ale terminy wciąż przesuwano, bo najpierw należało zarejestrować w KRS zmieniony statut organizacji. Nikt nie wiedział, dlaczego procedura tak się opóźnia. Papiery miał dostarczyć do rejestru sądowego wspomniany Piotr Chabora. Dlaczego właśnie on? Bo sam się tego podjął.

Zamieszanie ze statutem

Piotr Chabora pojawił się w KOD na przełomie listopada i grudnia 2015 r. Tworzyły się wtedy robocze zespoły, on zgłosił się do sekcji prawnej. – Mówił, że zawodowo zajmuje się prawem finansowym i wykłada na jakiejś uczelni – wspomina Joanna Roqueblave. – Rzucał też mimochodem, że współpracował blisko z prof. Geremkiem i Włodzimierzem Cimoszewiczem.

Jarosław Marciniak przypomina sobie, że zdziwił się, kiedy Chabora oznajmił, że zainwestował z jakimś wspólnikiem w bar gastronomiczny na Ibizie i ma z tego niezły dochód. Radomir Szumełda, do maja 2017 r. członek zarządu KOD, niewiele wiedział o Chaborze. – Docierały do mnie jakieś okruchy, a to, że sam wychowuje dzieci, a ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]