POLITYKA

Niedziela, 20 sierpnia 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 88-90

Świat

Jędrzej Winiecki

Kompromis w karakułach

Osiem lat rządów, porażka w rozprawie z talibami i fałszowanie wyborów nie przynoszą chwały Hamidowi Karzajowi. A zalety, które kiedyś pomogły mu objąć władzę, stają się coraz większym ciężarem.

Gdy jesienią 2001 r. Amerykanie szli w afgańskie góry, by dopaść Osamę ibn Ladena i sprzymierzonych z nim talibów, poza Afganistanem mało kto słyszał o czterdziestokilkulatku z Kandaharu, Hamidzie Karzaju. Za to już parę miesięcy później, po udanej ofensywie antytalibskiej, Karzaja z jego nieodłączną karakułową furażerką i kipiącą kolorami uzbecką peleryną narzuconą na ciemny, doskonale skrojony garnitur rozpoznawali widzowie telewizyjnych wiadomości na całym świecie. Choć na początku rządów jego faktyczna władza nie wykraczała poza rogatki Kabulu, w wielu zachodnich stolicach otwarto mu spory kredyt zaufania. Cieszył się wszak opinią polityka, któremu może się wreszcie powieść misja zjednoczenia i uspokojenia Afganistanu po dwóch dekadach wojen.

Jego czar przekroczył progi politycznych gabinetów. Włoscy krawcy zachwycali się oryginalnym stylem eleganta, widząc w nim inspirację przy szyciu kolekcji na następne sezony. Z rąk królowej Elżbiety II odebrał honorowe brytyjskie szlachectwo, ba, wymieniano go nawet jako całkiem poważnego faworyta do pokojowej Nagrody Nobla. Brylował na salonach Ameryki, Europy i Azji, wszędzie fetowany, z sukcesami zbierał datki na odbudowę zniszczonego kraju. Oczywiście nie wziął się znikąd, w Afganistanie anonimowy przybłęda nie miałby szans na objęcie nawet skrawka władzy w najlichszej wsi.

Karzaj jest pasztuńskim arystokratą, przedstawicielem najliczniejszej afgańskiej grupy etnicznej tradycyjnie dominującej w życiu politycznym kraju. Pasztuńskie korzenie ma większość talibów, Pasztunami byli królowie i wodzowie, przy czym wielu z nich wywodziło się z półmilionowego plemienia Popalzajów, na czele którego stoi świetnie ustosunkowana rodzina Karzajów. Zaszczytną funkcję chana Popalzajów piastował m.in. ojciec Hamida, Abdul Ahad, w prostej linii potomek żyjącego w XVIII w. pierwszego króla Afganistanu i jednocześnie daleki kuzyn i powiernik ostatniego monarchy, obalonego w latach 70.

Podczas inwazji radzieckiej majętny rojalista Abdul Ahad Karzaj na wszelki wypadek opuścił ojczyznę. Córkę i czterech synów wysłał do Ameryki, gdzie zajęli się prowadzeniem sieci restauracji. Za to Hamid, czwarty z szóstki rodzeństwa, zainstalował się z ojcem w sąsiednim Pakistanie, by u jego boku poznawać arkana polityki. Zamiast bić się w pierwszym szeregu, organizował w nadgranicznym mieście Kweta wsparcie dla bojowników walczących z Armią Czerwoną. Został jednym z księgowych mudżahedinów, jedynym z tych licznych pośredników, z którymi kontaktowali się amerykańscy sponsorzy z CIA, oferujący pieniądze, zaopatrzenie i broń.

Po wojnie z ZSRR od zwycięskich mudżahedinów przyjął tekę wiceministra spraw zagranicznych. Ale szybko zrezygnował i wrócił do Pakistanu, zniechęcony konfliktami toczonymi przez dawnych zwycięzców. Rezygnacja Karzaja zbiegła się z narodzinami ruchu talibów. Pozostawał pod urokiem religijnych ortodoksów, dostrzegał w nich prawą siłę, która wreszcie zaprowadzi spokój w Afganistanie, i jak niegdyś mudżahedinom udzielał im hojnego wsparcia. Zmienił zdanie podczas triumfalnego pochodu talibów w 1996 r., kiedy w ekspresowym tempie podbijali kolejne prowincje, a wpływy w ruchu zyskiwali arabscy ekstremiści z Bliskiego Wschodu, m.in. ibn Laden.

Fundamentaliści bezskutecznie proponowali Karzajowi posadę afgańskiego przedstawiciela przy ONZ. Skądinąd mieli niezłe wyczucie, bo Karzaj wydaje się stworzony do służby dyplomatycznej. Jest zdolnym poliglotą, oprócz ojczystego paszto biegle posługuje się dari oraz hindi i urdu, które szlifował, studiując stosunki międzynarodowe w Indiach. Znakomicie mówi także po francusku i rzecz jasna po angielsku. W każdym z tych języków ma wiele do powiedzenia, potrafi być świetnym rozmówcą, często cytującym poezję, czarującym nienagannymi manierami, żartem i opanowaniem.

Ostateczny rozbrat z talibami wziął w 1999 r., gdy zamachowcy zastrzelili jego ojca po wieczornych modłach w kweckim meczecie. Na wieść o tragicznej śmierci starego chana, który nie chciał podporządkować swego ludu talibom, starszyzna Popalzajów wyniosła Hamida na następcę. Nowy wódz z miejsca pokazał charakter: na czele konduktu złożonego z 300 samochodów wyruszył z Pakistanu do Afganistanu, by pochować ojca w rodzinnym Kandaharze i po pogrzebie bezpiecznie wrócił do Kwety.

Osierocony przez politycznego przewodnika, przez dwa senne lata planował zemstę na zabójcach ojca, nakazaną pasztuńskim kodeksem honorowym, działał w pozostającej na uchodźstwie antytalibskiej opozycji. Bywał też w Stanach, gdzie z rodzeństwem rozwijał biznes restauracyjny. Znalazł też czas, by się wreszcie ożenić.

Jego karierę ożywiła dopiero amerykańska reakcja na zamachy z 11 września 2001 r. Podobno nowego prezydenta Afganistanu wymyślił pasztuński Brzeziński, czyli Zalmaj Chalizad, najbardziej wpływowy Afgańczyk w Stanach, w latach 80. i 90. analityk rządowego think tanku RAND i późniejszy ambasador USA w Kabulu, który jesienią 1999 r. namówił amerykański MSZ, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]