POLITYKA

Czwartek, 17 sierpnia 2017

Polityka - nr 32 (3122) z dnia 2017-08-09; s. 26-29

Społeczeństwo

Ewa Wilk

Koniec iluzji

Raport o stanie świata: to my wariujemy, czy też przyszło nam żyć w zwariowanych czasach?

Co powiedzieliby państwo na zaproszenie do udziału w takim oto ćwiczeniu psychologiczno-filozoficzno-literackim: proszę wziąć pustą kartkę lub otworzyć nowy plik tekstowy w swoim komputerze i wyobrazić sobie, że będzie to dokument ostatni. Ostatnia rzecz, jaką piszecie w życiu. Coś, co pozostawicie potomkom, którzy za 10, 50, 100 lat zechcą na to rzucić okiem. A może nawet proszę pójść w swej imaginacji dalej – wyobrazić sobie, że będzie to jedyne pisane świadectwo po naszych czasach, ocalałe z jakiejś globalnej katastrofy.

Trudne? No pewnie, człowiek z reguły wzdraga się przed napisaniem standardowej ostatniej woli dopóty, dopóki nie musi. Niepoważne? Zabawa dla 12-latków czy adeptów science fiction? Ale czyż nie takie właśnie zadanie stawiają sobie raz po raz co tęższe mózgi naszej epoki – badacze społeczni, myśliciele. Mierzą się z cząstkowymi, a czasem i generalnymi raportami o stanie świata, by sparafrazować tytuł znanej audycji radiowej. Próbują uchwycić ducha epoki, w której żyjemy.

„Nie ma chyba bardziej wyświechtanej frazy w naukach społecznych jak koniec ewentualnie zmierzch: »Koniec historii« (Fukuyama), »Zmierzch Zachodu« (Spengler), »Koniec człowieka« (Derrida), »Koniec pracy« (Rifkin), »Koniec ideologii« (Bell, także Aron), koniec kapitalizmu, koniec religii, koniec polityki, koniec rodziny. Trochę to wszystko równoważą narodzinyświty, ale konieczmierzch dominują w obrazie zjawisk społecznych” – ironizuje nieco prof. Jacek Raciborski w książce „Obywatelstwo w perspektywie socjologicznej” (gdzie – nawiasem – polemizuje z zapowiedzią końca państwa narodowego).

W myśli społecznej i publicystyce można zatem znaleźć mnóstwo materiałów pomocniczych do naszego eksperymentu. Dopuszczamy wszelkie ściągawki, a jedną od razu polecimy (i sami z niej tu skorzystamy) – nowość wydawniczą Znaku „Czyje jest nasze życie?”. Książka nie odstrasza rozmiarami, przyciąga formą: jest dialogiem, lecz nie przypomina standardowego wywiadu. To pełna wzajemnego zrozumienia, erudycyjna rozmowa o człowieku zapodzianym we współczesności świata zachodniego pomiędzy Olgą Drendą, etnolożką i antropolożką kultury (niedawno 30-latką), oraz Bartłomiejem Dobroczyńskim, psychologiem i historykiem psychoanalizy (niedługo 60-latkiem). Raport o stanie świata przeplata się tam ze zwierzeniami o stanie dusz autorów – pogodnych pesymistów, jak sami siebie w konkluzji zgodnie określają.

Do potomnych (wstęp)

Jaki jest zatem świat człowieka – kobiety i mężczyzny, Europejczyków, Polaków – latem 2017 r.? Chciałoby się zacząć chyba jednak dość optymistycznie: Drodzy potomni, nasz świat jest całkiem znośny. Relatywnie do setek pokoleń przed nami, a nawet tych dwóch, trzech z poprzedniego stulecia – wręcz fantastyczny. Czego większość naszych przodków nie miała, a my dzisiaj nieomal powszechnie mamy? Ciepłą wodę w kranach, umiejętność pisania i czytania od 7. roku życia, prawa wyborcze, supermarkety, auta, komputery osobiste, telefony mobilne, antybiotyki. Żaden człowiek nie jest własnością drugiego człowieka. Stosunkowo niewielu ludzi cierpi nędzę i głód. Wyciągają nas z rozmaitych choróbsk – żyjemy średnio o 20 lat dłużej niż nasi pradziadkowie.

Co przeważającej liczbie pokoleń przed nami było dane, a nam zostało oszczędzone? 70-latkom i młodszym rocznikom Polaków udało się nie zaznać wojny. Żaden najeźdźca nie gwałcił nam córek, nasi synowie nie poginęli w obronie granic, co więcej, granice – przynajmniej w Europie – poznoszono. Starszym spośród nas dane jest powszechniej niż kiedykolwiek zasmakować przewidywalnego życia według schematu: edukacja, kariera, rodzina, własny dach nad głową, w końcu skromna, ale na razie dość pewna, emerytura.

To niepełna, ale chyba wystarczająca lista walorów, by uznać, że my – ludzie, którym zdarzyło się zaistnieć w tej części świata akurat teraz – mamy ogromnego farta. A jednak tysiące osób bynajmniej nie czują się szczęśliwe. Nie mają wcale wrażenia, by świat był dobrym, bezpiecznym, przewidywalnym miejscem. Rzecz nie tyle w kłopotach psychicznych, kwalifikowanych jako schorzenia i zaburzenia. Nawet nie w depresji – chorobie tak często dziś diagnozowanej, że nominowano ją na przypadłość XXI w. Rzecz w strapieniach ludzi, których kondycja psychiczna wydaje się całkowicie mieścić w normie. A jednak. Nagły niepokój. Niepewność przyszłości. Poczucie obcości i samotności, niekiedy nawet wśród najbliższych. Wrażenie, że innymi ludźmi kierują niezrozumiałe emocje, przekonania, motywacje, sposób myślenia. Lęk. Stres. Kryzys poczucia własnej wartości. Kryzys sensu istnienia.

Tysiące z nas poszukują jakiejś asekuracji, choćby właśnie w poradnictwie psychologicznym. Tylu ma jakieś defekty? A może coś bardzo niedobrego zaczęło się dziać z naszym światem? Może to on jest zaburzony, szalony, mówiąc kolokwialnie: ześwirował?

Wymienieni przez prof. Raciborskiego myśliciele diagnozują nasze czasy jako moment kryzysu. Zmiany. Pękania iluzji. I&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]