POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 9 (9) z dnia 2016-10-19; Niezbędnik Inteligenta. 2/2016. Magia utopii. W poszukiwaniu utraconej przyszłości; s. 75-79

Między utopią a apokalipsą

Marcin Popkiewicz

Koniec małej planety

Czy wieczny wzrost gospodarczy, zakładany przez większość ekonomistów, jest możliwy? Czy wystarczy na to surowców? I co się stanie ze środowiskiem?

Zacznijmy od kwestii fundamentalnych. Jeśli chce się zwiększać PKB – a musi on rosnąć, aby obecnie obowiązujący system finansowo-gospodarczy się nie załamał – trzeba produkować coraz więcej dóbr. Wraz ze wzrostem liczebności populacji rośnie więc produkcja przemysłowa, liczba samochodów i samolotów, zużycie papieru, cementu, stali i nawozów. Logiczny wniosek: potrzeba coraz więcej energii i powstaje coraz więcej odpadów.

Kiedy rośnie gospodarka, coraz grubsza staje się też strzałka pobieranych zasobów. Napędzające cały system paliwa kopalne są bezzwrotnie spalane. Metale i minerały w dużej części trafiają na wysypiska i do spalarni. Rośnie również ilość zużywanych zasobów odnawialnych – drewna, wody, ryb, rośnie także powierzchnia terenów zajmowanych pod rolnictwo, hodowlę i infrastrukturę (choć z braku nowych terenów już nie wykładniczo), czego skutkiem jest kurczenie się obszarów leśnych, mokradeł i terenów zamieszkanych przez dzikie zwierzęta.

Wpuszczane do systemu zasoby stają się odpadami. Niektóre trafiają tam szybko – jak spalany węgiel zamieniany w dwutlenek węgla, pyły, metale ciężkie, tlenki siarki i azotu. Inne wolniej – jak spłukiwane do rzek nawozy, metale, plastik i związki chemiczne ze starych przedmiotów i urządzeń. Wiele z nich ma bardzo długi czas istnienia w środowisku – nawet dziesiątki tysięcy lat.

Ale przecież tak być nie musi. Można poprawić efektywność produkcji, aby przy zużyciu tej samej ilości zasobów wyprodukować więcej towarów, a także wprowadzić rygorystyczną kontrolę zanieczyszczeń, dzięki czemu ilość zużytych zasobów nie wzrośnie o 100 proc., lecz o 70 proc., a ilość odpadów o 50 proc. Oznacza to, że przy podwajaniu się produkcji co dwadzieścia kilka lat zużycie zasobów będzie się podwajać co trzydzieści kilka lat, a ilość odpadów – co czterdzieści kilka. Można wprowadzić dalej idące zmiany w zamykaniu cyklu produkcyjnego przez odzysk surowców, zwiększanie trwałości dóbr i ograniczanie zużycia zasobów nieodnawialnych.

Nawet jednak znaczna poprawa efektywności jest nie do pogodzenia z wiecznym wykładniczym wzrostem gospodarczym. Aby przy dziesięciokrotnym wzroście PKB zużycie zasobów się nie zmieniło, musiałby nastąpić spadek ich zużycia na jednostkę PKB o 90 proc. Mało realne. Przy tysiąckrotnym wzroście na wytworzenie jednostki powinno się zużywać już tylko 0,1 proc. To zupełnie nierealne. Oczywiście można też wytwarzać PKB w inny sposób, np. w informatyce, turystyce czy sztuce. To jednak zmiany dość powolne i nienadążające za wykładniczymi funkcjami wzrostu długu i wzrostu PKB. Wzrost gospodarczy, coraz większy popyt i podaż, idą więc w parze ze zużyciem zasobów i z konsekwencjami środowiskowymi. To dwie strony tego samego medalu (ilustr. 1).

Coraz biedniejsza Ziemia

Przyjrzyjmy się zasobom, które dzielą się na odnawialne i nieodnawialne. Pierwsze – takie jak drzewa w lesie czy ryby na łowiskach – można pozyskiwać w tempie nie szybszym niż tempo ich odradzania się. Jeśli przekroczy się ten limit, po jakimś czasie lasy zmienią się w karczowiska, a łowiska w puste akweny. Jeszcze w latach 90. XX w. na potrzeby ludzi – żywność, opał, produkcję papieru, materiałów budowlanych, mebli itp. – wykorzystywano 20 proc. lądowej produkcji biomasy. W pierwszej dekadzie obecnego stulecia – już 25 proc. Przy obecnych tendencjach do połowy stulecia wykorzystywać się będzie ponad połowę całej lądowej produkcji biomasy. A później co? Kolejne podwojenie? I jeszcze następne? To niemożliwe. Koszty związane z degradacją ziem rolnych i utratą usług ekosystemów stałyby się nie do zniesienia.

Większość terenów nadających się do uprawy i hodowli jest już zagospodarowana. Według FAO (Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa) w tereny rolne zostało zamienione 38 proc. powierzchni Ziemi wolnej od lodu, 70 proc. terenów trawiastych, 50 proc. obszarów sawann i zajętych niegdyś przez lasy oraz 27 proc. lasów tropikalnych. Na dalszą ekspansję nie ma co liczyć – reszta to głównie góry, tundra, pustynie i tereny miejskie. Tymczasem w ciągu ostatnich 40 lat z powodu erozji ludzkość straciła 30 proc. ziem uprawnych, a obecnie co roku ubywa ich aż 12 mln ha. Ilość plonów zbieranych z hektara wciąż rośnie, jednak coraz wolniej. Nazywany ojcem zielonej rewolucji Norman Borlaug, który za swoje osiągnięcia otrzymał w 1970 r. Nagrodę Nobla, przyznawał, że dał ludziom wytchnienie jedynie na jakieś 40 lat. Coraz więcej wskazuje, że jego szacunki były trafne – populacja ludzka wciąż rośnie, a areał ziem rolnych nie.

A co z oceanami? Można się żywić rybami i innymi owocami morza, prawda? Niestety, stan światowych łowisk również nie wygląda najlepiej. W 1900 r. w Atlantyku u wybrzeży Ameryki Północnej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Załączniki

  • Ilustr. 1

    Ilustr. 1 - [rys.] Kwiatkowski Marek

  • Ilustr. 2

    Ilustr. 2 - [rys.] Kwiatkowski Marek

  • Ilustr. 3

    Ilustr. 3 - [rys.] Kwiatkowski Marek

  • Ilustr. 4

    Ilustr. 4 - [rys.] Kwiatkowski Marek

  • Ilustr. 5

    Ilustr. 5 - [rys.] Kwiatkowski Marek