POLITYKA

Piątek, 28 lipca 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 24-26

Rynek

Adam Grzeszak

Kraj cudów

O tym, kto ma wygrać w rynkowej konkurencji, chcą dziś decydować politycy i urzędnicy. Żegnamy wolny rynek. Nadeszły czasy konkurencji centralnie sterowanej.

Decyzje zapadają na najwyższych szczeblach władzy. Wygrywać mają wielkie państwowe czempiony oraz mały i średni polski biznes prywatny. – To element planu Morawieckiego, który chce go realizować, wspierając te dwie grupy polskich firm. Takie wsparcie wiąże się w większym lub mniejszym stopniu z ograniczaniem reguł konkurencji – wyjaśnia dr Piotr Semeniuk, specjalista prawa konkurencji, starszy analityk POLITYKI INSIGHT.

Bitwa o handel

Niektóre decyzje o zmianie reguł konkurencji sformułowano jeszcze w programie wyborczym PiS. Jedna z ważnych obietnic dotyczyła handlu. Chodziło o to, by z dużymi sieciami handlowymi, głównie zagranicznymi, mogli wygrywać przedstawiciele drobnego polskiego handlu. To był pomysł podpatrzony na Węgrzech i suflowany przez doradców, którzy tłumaczyli, że właściciele małych sklepów to liczny, żelazny elektorat PiS. Okażą wdzięczność i zza lady będą agitować za władzą.

Nadziei nie kryli sami przyszli beneficjenci. Dlatego realizację tej obietnicy rozpoczęto niemal na drugi dzień po wyborach. Duży handel miał płacić duży podatek, a drobny niewielki albo wcale. To się drobnym podobało. Dzięki temu miało nastąpić wyrównanie konkurencji, a 4 mld zł z podatku miało dofinansować program 500 plus.

Kiedy w Polsce rodził się podatek hipermarketowy, przechrzczony na podatek od sprzedaży detalicznej, Węgrzy musieli się ze swojego wycofać. Komisja Europejska stwierdziła, że każdy kraj może opodatkowywać handel, jak chce, ale warunki dla wszystkich muszą być równe. Jeśli duży płaci, a mały nie, to znaczy, że mały dostaje pomoc publiczną. A pomoc publiczną, jeśli dostało się bezpodstawnie, trzeba oddać.

Polski pomysł był podobny do węgierskiego, a na dodatek w trakcie sejmowej dyskusji przedstawiciele resortu finansów oficjalnie mówili, że chodzi o przyłożenie zachodnim sieciom handlowym. To oznaczało przyznanie się do dyskryminacji kapitału ze względu na pochodzenie, czyli naruszenie fundamentów prawa UE. Komisja zażądała zawieszenia podatku i zagroziła postępowaniem przed trybunałem w Luksemburgu. Podatek został zawieszony, padła jednak zapowiedź, że to Polska pozwie Komisję Europejską do trybunału. Bo PiS z obietnic wyborczych tak łatwo się nie wycofuje. Wymyśli jakieś lepsze rozwiązanie, które wejdzie w życie od początku 2017 r. Choć termin minął, nie słychać o skardze do Luksemburga ani o nowym projekcie.

Nikt się nie pali do jego tworzenia, bo musiałby to być podatek liniowy płacony przez cały handel. Przyniósłby jakieś wpływy finansowe, ale politycznie raczej straty. Właściciele małych sklepów są już i tak rozczarowani. Na dodatek zezłościł ich wcześniejszy pomysł, by polskie sieci franczyzowe, czyli niezależne sklepy działające pod wspólnym szyldem, kwalifikować tak jak zagraniczne firmy handlowe.

Wygląda na to, że cała sprawa podatku umrze śmiercią naturalną. Nic nie wiem, by ktoś pracował nad kolejnym projektem – mówi Maria Andrzej Faliński, ekspert w dziedzinie handlu, były dyrektor Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji. – Mamy wyjątkowo konkurencyjny rynek, na którym polskie firmy nieźle sobie radzą z zachodnimi sieciami. A hipermarkety, które przedstawiano jako największe zagrożenie, same walczą o życie. Większość notuje straty. Ten format handlowy już się przeżył. Polacy wolą dziś robić zakupy w dyskontach albo w małych lokalnych sklepach.

Dr Semeniuk jest nieco innego zdania. – Zachodnie sieci handlowe, dzięki optymalizacji podatkowej, płacą mniejszy podatek CIT. Podatek od sprzedaży detalicznej być może nie byłby złym rozwiązaniem – przekonuje.

Wystawieni do wiatru

Wicepremier Morawiecki ma wobec reguł konkurencji mieszane uczucia. Jest za, a nawet przeciw. Polska potrzebuje przede wszystkim konkurencyjnej gospodarki – deklaruje, ale zaraz dodaje – potrzebujemy zdrowego balansu między konkurencją i kooperacją. I zapowiada „reorganizację procesów gospodarczych”.

Ta reorganizacja toczy się na wielu odcinkach. Jeden z nich obsługuje minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel. Jego pomysł to rolnictwo oparte na małych gospodarstwach (temu służy zablokowanie handlu ziemią) oraz niewielkich polskich firmach przetwórczych. Dlatego minister przeforsował ustawę „o przeciwdziałaniu nieuczciwemu wykorzystywaniu przewagi kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi”.

To tajna broń ministra. Niedawno podpisana ustawa wejdzie w życie w czerwcu. W założeniu ma bronić małych producentów rolnych przed narzucaniem im przez handel i dużych przetwórców niekorzystnych warunków sprzedaży. Ustawa przewiduje dla nich drakońskie kary (do 3 proc. obrotów) m.in. za działania sprzeczne z dobrymi obyczajami. Czy obyczaje są dobre czy nie, będzie decydował i kary wymierzał prezes UOKiK.

Rolnicy, którzy byli zainteresowani przyjęciem ustawy, nie kryją, że liczą, iż za sprzeczne z dobrymi obyczajami w pierwszej kolejności uznane zostaną zbyt niskie ceny, jakie płacą im handlowcy i przetwórcy. Ci zaś deklarują, że ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]