POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 17 (2398) z dnia 2003-04-26; s. 40-42

Gospodarka / Zamiast bełtu

Paweł Wrabec

Krajowe gronowe

Winnice w Polsce – krainie kwaśnego bełtu – wydają się pomysłem dość karkołomnym. Mimo to kilkadziesiąt osób z powodzeniem zajęło się uprawą winorośli. Jedni uważają, że to hobby, inni, że początek prawdziwych interesów.

Wśród nowych właścicieli winnic są zamożni amatorzy wina, przemysłowcy, artyści. Dzięki ich zapałowi być może uda się wskrzesić obumarłe tradycje polskiego winiarstwa. Inna rzecz, że z powodu biurokratycznych utrudnień nie jest to wcale pewne. Roman Myśliwiec z Jasła próbuje tej sztuki od 20 lat. Po latach eksperymentowania z 200 odmianami winorośli nauczył się robić całkiem niezłe wina. Jego najlepsze, czerwone, powstały z bardziej odpornych na zimno odmian Rondo, Wiszniowyj Rannij, białe zaś z odmian Bianca i Muskat Oddesky. Zajęło to sporo czasu i wysiłku.

Próbowałem win Myśliwca i zaręczam, że są naprawdę dobre – mówi Wojciech Gogoliński, prezydent Stowarzyszenia Sommelierów w Polsce i jeden z najbardziej znanych degustatorów win. – Podobne są produkowane w Austrii i w Saksonii. W sklepie musiałoby kosztować ponad 20 zł za butelkę. Nie kosztuje, bo tacy ludzie jak Roman Myśliwiec na razie nie mają prawa swojego wina sprzedawać.

Drugą Burgundią oczywiście nie będziemy. Za długie są zimy, zbyt zmienne temperatury, za dużo jest deszczu i za mało słońca. Przyzwoite wino jakościowe z mniej szlachetnych odmian da się jednak zrobić. O tym marzy m.in. Adam Krzanowski, 36-letni współwłaściciel Nowego Stylu z Krosna, jednej z najprężniej rozwijających się firm prywatnych w kraju. W jego piwnicy leżakuje ponad 300 butelek, choć miejsca jest tam na 4000. – Butelka dobrego młodego rocznika kosztuje 20–30 euro, a jej wartość z każdym rokiem rośnie. Opłaca się więc mieć miejsce na duże zapasy – tłumaczy Krzanowski. Ma też nadzieję, że już za trzy lata butelki z winem polskiej produkcji staną obok tych sprowadzanych z Francji i Hiszpanii. Właśnie poprosił Myśliwca, by ten dobrał mu odpowiednie sadzonki, które posadzi na kawałku ziemi wokół domu.

Od Mazur po Krosno

Wiktor Bruszewski, zarządca nieruchomości z Warszawy, zaczynał trzy lata wcześniej. Swoją winnicę założył na schodzącym do jeziora zboczu na Mazurach. W tym roku mają być pierwsze zbiory. Jeśli okażą się udane, w jego piwnicy będzie dojrzewać pierwszych 1000 litrów wina. – Pewnie miną lata – mówi – zanim będę się mógł pochwalić dobrym winem na salonach. Ale chce czekać. Takich zamożnych zapaleńców jest więcej.

Amatorską winnicę ma Janusz Palikot, założyciel biłgorajskiej Ambry, firmy produkującej wina musujące na bazie importowanych soków. W podwrocławskiej Małkini na terenach dawnego PGR ośmiohektarową winnicę założył Lech Jaworek, biznesmen. Pod Kłodzkiem swoich winnic dogląda Krzysztof Komornicki, były szef Polskiej Agencji Prasowej. Niedawno po sadzonki do Romana Myśliwca zgłosił się prezes ogólnopolskiego banku. Coraz częściej przyjeżdżają po nie znani biznesmeni, wzięci adwokaci, artyści.

Wojciech Bosak z krakowskiej Akademii Wina, grupującej miejscowych znawców i wielbicieli tego trunku, twierdzi, że w niemal identyczny sposób po kilkuset latach odrodziło się winiarstwo w Wielkiej Brytanii. Jeszcze pięćdziesiąt lat temu nie było tam żadnych winnic. Te, które powstały jako pierwsze, były spełnieniem snobistycznych ambicji emerytowanych wojskowych i bankierów. Kiedy po paru latach eksperymentów okazało się, że ich wino jest całkiem niezłe, pojawiły się uprawy w pełni komercyjne. – Dziś w Anglii jest 900 hektarów winnic, których piwnice dostarczają na rynek ok. 30 tys. hektolitrów wina, głównie musującego – mówi Bosak. Podobnie może być i u nas.

Wojciech Gogoliński nie ma wątpliwości, że dzięki nowym odmianom z powodzeniem można zakładać winnice w południowej i zachodniej Polsce (poniżej linii Gorzów–Łódź – Lublin), w regionach, gdzie klimat jest najłagodniejszy: w Jurze Krakowskiej, na Pogórzu Karpackim, Przedgórzu Sudeckim oraz w dolinie Odry. Tam zakładano winnice przed wiekami. Większość z nich została zlikwidowana na początku XIX wieku, gdy zaatakowały je przywleczone z Ameryki Północnej szkodniki. Prawdziwym zagłębiem winiarstwa była Zielona Góra, gdzie w XVIII wieku było 2200 winnic na 700 hektarach. To, że można produkować tam niezłe wina musujące, udowodniła przed II wojną światową wytwórnia Gempler, znana ze swoich wyrobów w całych Niemczech.

Główną przyczyną upadku zielonogórskich winnic nie były jednak szkodniki, ale rozbudowa linii kolejowych. Sprawna komunikacja pozwoliła na import znacznie lepszych win mozelskich, włoskich i węgierskich. Teraz historia może się powtórzyć. Za rok znajdziemy się w Unii Europejskiej i Polska będzie musiała znieść cła na importowane stamtąd wina. Oznacza to, że francuskie i niemieckie wino może stanieć o&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]