POLITYKA

Sobota, 27 maja 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 82-84

Świat

Tomasz Zalewski

Kręć i rządź

Rok po wyborze Barack Obama zmaga się ze spadkiem popularności. Ale mimo wrogości Fox News, Biały Dom umiejętnie rozgrywa media na swoją korzyść.

W Białym Domu pracuje stale około setki przedstawicieli prasy, radia i telewizji, licząc razem z producentami, fotografami i kamerzystami. Dziennikarze mają do dyspozycji specjalne pomieszczenie w kolonadzie między rezydencją prezydenta a zachodnim skrzydłem, gdzie znajduje się jego gabinet. Nie mogą sami chodzić po korytarzach władzy, ale są tam zapraszani, codziennie wychodzi też do nich rzecznik Białego Domu na transmitowaną w telewizji konferencję prasową. Wyrazem tej symbiozy jest fakt, że przestrzeń na trawniku przy podjeździe do zachodniego skrzydła, skąd reporterzy telewizyjni codziennie nadają swoje korespondencje, utrzymywana jest wspólnie przez obie strony: 6 mln dol. rocznie płaci na ten cel rząd, 2 mln wykładają media.

Dziennikarzy obsługuje kilkunastoosobowe biuro prasowe, z głównym rzecznikiem prezydenta, jego asystentami i zastępcami, współpracujące z osobnym biurem komunikacji publicznej, które zajmuje się długofalową strategią informacyjną rządu. W zamian za dostęp do prezydenta i informacje o jego poczynaniach media przekazują jego przesłanie społeczeństwu. Barack Obama, jak wielu jego poprzedników, próbuje ograniczyć rolę tego „filtra” i docierać do opinii publicznej bezpośrednio. Koegzystencja rządu amerykańskiego i mediów bywa pełna napięć, ale pozostaje na ogół pokojowa. Co nie znaczy, że dziennikarze nie patrzą prezydentowi na ręce.

Machina informacyjna Białego Domu działa według ścisłych reguł, które mają zapewnić spójność przekazu. Prawo do rozmowy z prasą mają tylko rzecznicy albo specjalnie upoważnione do wypowiedzi osoby – dotyczy to wszystkich resortów i jest bezwzględnie przestrzegane. Wszyscy mówią jednym głosem, ponieważ każde ważniejsze wydarzenie, np. spotkanie prezydenta z zagranicznym przywódcą, otrzymuje readout, czyli opracowaną przez biuro prasowe interpretację i rzecznicy zwykle trzymają się ściśle jej tekstu, często nawet wtedy, kiedy wypowiadają się off-the-record, czyli puszczają kontrolowany przeciek. Codzienne konferencje prasowe w Białym Domu pokazują, jak profesjonalnie działają prasowcy rządu. Sztuka polega na tym, aby nigdy nie skłamać i powiedzieć możliwie najwięcej – aby zadowolić apetyt dziennikarzy – ale tylko tyle, ile można. W sytuacjach kryzysowych Biały Dom uruchamia mechanizm „spinu”, czyli próbę przedstawiania złej wiadomości w jak najlepszym świetle albo odwracania od niej uwagi przez ogłaszanie innej.

Uważani za najlepszych rzecznicy Białego Domu – jak Marlin Fiztwater u prezydenta Reagana i Busha seniora czy Mike McCurry u Clintona – opanowali ten kunszt do perfekcji. Inni, bardziej przeciętni, koncentrują się na tym, aby nie popełnić wpadki i mówią jak najmniej, czym doprowadzają reporterów do szewskiej pasji. Tego rodzaju kłopoty miał na przykład drugi rzecznik Busha Scott McClellan, który ścierał się z agresywnym reporterem MSNBC Dickiem Gregory, dziś pupilem Obamy. Sposób prowadzenia briefingów przez rzeczników jest zwykle pochodną dostępu, jaki sami mają do prezydenta. Ci, którzy byli z nim blisko od dawna albo wymogli prawo swobodnego wchodzenia do Pokoju Owalnego, wiedzą więcej i są lepiej przygotowani na trudne pytania.

Prezydent i jego najbliżsi współpracownicy rozmawiają także z mediami bezpośrednio. I tutaj rząd stara się jak najmniej pozostawić przypadkowi. Na transmitowanych na żywo konferencjach prasowych dziennikarze zachowują się dość kurtuazyjnie, często wcześniej ustala się, kto zada pytanie, ale i tak niektóre z nich są tak kłopotliwe, że prezydenci uchylają się od odpowiedzi, co nie umyka uwadze komentatorów. Dlatego łączna liczba konferencji i innych spotkań z prasą z reguły spada – było tak w wypadku prezydentury Clintona i Busha juniora. Co jakiś czas prezydenci i ich pretorianie udzielają wywiadów w telewizji, najczęściej w  niedzielnych, porannych programach publicystycznych.

Wyznaczeni notable zwykle występują tego samego dnia w różnych stacjach, mówią elokwentnie i precyzyjnie, ale niemal dokładnie to samo. Tylko czasami najlepszym dziennikarzom udaje się zadać pytanie tak, że dochodzi do interesującego spięcia wskazującego, że rozmówca nie był do końca przygotowany. Kolejne ekipy rządzące wysyłają np. najważniejszych członków kierownictwa najchętniej do niedzielnego telewizji CBS News, gdzie wywiady prowadzi dystyngowany, ale mało twardy Bob Schieffer. Unikały natomiast szczególnie dociekliwego Tima Russerta z NBC, a później George’a Stephanopoulosa z ABC.

Media stale stoją przed dylematem: czy mają być agresywne, narażając się władzy, czy zachowywać się oględniej, aby nie stracić dostępu do kluczowych rozmówców. Demaskator afery Watergate Bob Woodward łagodnie traktował ekipę Busha, aby nie spalić sobie kontaktów, potrzebnych mu do zebrania materiału do książek o prowadzeniu przez prezydenta wojen w Afganistanie i Iraku. Zdjął rękawiczki dopiero, gdy je napisał. W tym sensie media głównego nurtu w USA są nieodłączną częścią establishmentu. Kilka tygodni temu Obama udzielił wywiadów wszystkim niedzielnym programom telewizyjnym, z wyjątkiem konserwatywnej Fox News – bojkot był odwetem za agresywność, wrogość czołowych komentatorów i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]