POLITYKA

Piątek, 22 września 2017

Polityka - nr 41 (2726) z dnia 2009-10-10; s. 102-103

Świat

Krystyna Lubelska

Krew, pot i luz

Rozmowa z Aleksandrą Pogorzelską, psychologiem w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie i triathlonistką, o tym, co sport może zabrać, a co dać

Krystyna Lubelska: – Skąd się wziął triathlon?

Aleksandra Pogorzelska: – Legenda powiada, że w 1978 r. na Hawajach spotkali się biegacz, rowerzysta oraz pływak i wspólnie postanowili połączyć te trzy konkurencje w jedną dziedzinę sportu. Tak powstał dystans Iron Man, który składa się z 3800 m pływania, 180 km jazdy rowerem oraz 42,195 km biegu. Postanowiłam uprawiać triathlon, kiedy obejrzałam w telewizji zawody Iron Mana odbywające się na Hawajach.

Takie zawody trwają od 8 do 16 godzin, co czyni z tej dyscypliny sport naprawdę ekstremalny. Spodobał mi się, zaimponował. Wcześniej od pięciu lat trenowałam piłkę ręczną. Triathlon wybrałam dopiero w wieku 16 lat. Nie umiałam wówczas pływać. Pływałam, jak to się mówi, po warszawsku – brzuchem po piasku. Nie miałam też do triathlonu ani specjalnego talentu, ani predyspozycji. Mam dość mocną konstrukcję fizyczną. Odziedziczyłam ją po tacie, który ćwiczył zapasy. Nie jestem więc zwiewna ani lekka, co pomaga przy bieganiu.

Przepraszam, ale czy nie mogła pani wybrać sportu, do którego miałaby pani więcej talentu? Może byłaby dziś pani mistrzynią olimpijską.

Uparłam się właśnie na triathlon, bo uległam fascynacji tym sportem. I wcale nie żałuję, przeciwnie, czerpię z tego radość. Kiedy jako nastolatka zgłosiłam się do trenera Bogusława Tołwińskiego w Elblągu, gdzie wówczas mieszkałam, on nie wyrzucił mnie za próg, tylko powiedział: pobiegasz, poćwiczysz, to się nadasz. Miał rację, choć początkowo była to dla mnie katorga. Wlokłam się za grupą. Po roku treningu nie było widać rezultatów ćwiczeń, ale po trzech latach nadeszły. Odniosłam pierwsze sukcesy. Okazało się, że można i że warto było wstawać o piątej rano na treningi, nauczyć się pływać, pokonywać kilometrowe dystanse, spływając potem.

Wszystko po to, żeby przez chwilę postać na podium?

Dla mnie liczy się coś całkiem innego. Sport nauczył mnie przełamywać bariery, pokazał zalety pracowitości, dodał skrzydeł. Dziś uważam, że wszystko jest możliwe.

Piękne, ale dość wyświechtane słowa.

Jednak prawdziwe. Mój trener nigdy mi nie powiedział, że nie będę mistrzynią, a przecież ja z moim pływaniem, którą to umiejętność wyszlifowałam dopiero w 17 roku życia, na olimpiadę się nie nadawałam. Jednak na udział w zawodach Iron Mana na Hawajach jeszcze nie straciłam szansy. Tytuł mistrzowski zdobyła Paula Newby-Fraser w wieku 48 lat. A ja mam dopiero 30. Po zrobieniu doktoratu i odchowaniu trójki dzieci myślę o powrocie do treningów.

Serio?

Najzupełniej. Nie wiem wprawdzie, co będzie się działo za kilkanaście lat ani jak wydolne będzie moje ciało po urodzeniu trójki dzieci. Teraz mam dopiero jedno, dwuletniego chłopca. Takie są moje plany na przyszłość, ale trzeba być elastycznym i dopasowywać się do warunków, które dyktuje życie. Na pewno jednak dobrowolnie z marzeń nie zrezygnuję. Mój mąż także jest triathlonistą, nadal czynnym w tym sporcie. Wszystko więc jest przed nami. Dwa razy się nie zakwalifikowałam na Iron Mana, więc może po raz trzeci, za parę lat, już się uda. W każdym razie, jak dziś zamykam oczy, widzę się na tych Hawajach.

A teraz ćwiczy pani także?

Choćby pół godziny dziennie. Chodzi o to, żeby ciało pamiętało ruch. Uważam też, że jako psycholog specjalizujący się w zagadnieniach sportowych, muszę być na bieżąco w sprawach treningu. A ponadto, u nas sport to rodzinna norma. Siostra też jest triathlonistką, mama rzucała oszczepem – taka familia.

Jak spotykacie się państwo razem przy rodzinnym stole, to pewnie mówicie głównie o sporcie?

Zdarza się. Sport w naszym domu był zawsze nieodłącznym elementem życia. Jednak nie trzymamy z mężem w domu ani pucharów, ani medali. Na dzieci nie powinno się wywierać psychicznej presji ani tym bardziej stresować ich, żeby osiągały jakiekolwiek wyniki. Bo jeśli ktoś przychodzi do sportu tylko po to, żeby wygrywać, z góry ustawia się na straconej pozycji.

Dzieci trzeba wciągać do sportu przez zabawę. Tylko w ten sposób można w nich wzbudzić prawdziwą motywację do ćwiczeń. Uleganie zewnętrznym naciskom, polegającym głównie na wzbudzaniu chęci osiągania laurów, nikogo daleko nie zaprowadzi.

Kiedy prowadzę psychologiczny wywiad ze sportowcem, przede wszystkim staram się dowiedzieć, jakie ceni wartości jako człowiek. Szukam odpowiedzi na pytanie, co jeszcze liczy się dla niego poza sportem, bo istnieje poważne niebezpieczeństwo, że ćwicząc jako zawodnik wyczynowy, mógł stracić życiowy balans. Wielu sportowców nie zakłada rodzin, nie ma domu, pracy, bo za wszelką cenę chce wykorzystać czas na trening. Myślą: mam przed sobą 10–12 lat kariery, wobec tego docisnę teraz pedał gazu, a potem zajmę się układaniem sobie życia. Potem ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]