POLITYKA

Czwartek, 22 czerwca 2017

Polityka - nr 3 (5) z dnia 2017-04-05; Niezbędnik Inteligenta. 1/2017. Wielkie post. Jak wyjść z kryzysu rzeczywistości; s. 56-59

Pola kryzysu

Edwin Bendyk

Kryzys tożsamości

Kim jestem? Kim jesteś? Człowiekiem, Europejczykiem, Polakiem, Ślązakiem, wrocławianinem?

Tożsamość stała się jednym z głównych tematów współczesnej polityki. Troska o narodową tożsamość jest istotą kontrrewolucji/rewolucji kulturowej zaproponowanej przez Viktora Orbána i Jarosława Kaczyńskiego podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy w 2016 r. To właśnie narodowa tożsamość, przywiązanie do tradycji i religii mają być ich zdaniem źródłem rozwojowej siły. Przed jej utratą ostrzegał Amerykanów Samuel Huntington w głośnej książce „Kim jesteśmy? Wyzwania dla amerykańskiej tożsamości narodowej” (wyd. Znak 2007).

Czym jednak miałaby być tożsamość? Próżno szukać podstaw dla takiego konceptu w biologii. Gen Polaka nie istnieje, podobnie jak nie istnieją genetyczni Francuzi lub Chińczycy. Nawet pojęcie rasy jest wstydliwie chowane do lamusa nauki, bo okazało się zbyt dużym uproszczeniem. Tak więc w sensie biologicznym nie rodzimy się Polakami lub Francuzami, tylko się nimi stajemy. Dzieci wielkiego wyboru nie mają, decydują za nie rodzice, ucząc konkretnego języka, wprowadzając w życie religijne w określonym wyznaniu.

Ta wręcz banalna oczywistość załamuje się jednak, gdy ludzie dorośli dokonują wyborów, jakich pełno w historii. W Polsce nikt nie ma wątpliwości, że Adam Mickiewicz („Litwo, ojczyzno moja!”) był wzorcowym Polakiem. Na Białorusi polski wieszcz bywa jednak traktowany jako tutejszy, który przyjął kulturę kolonizatora. Oskar Miłosz, litewski poeta piszący po francusku, był krewnym Czesława Miłosza, poety polskiego.

François Jullien, francuski filozof i sinolog, twierdzi, że po prostu tożsamość kulturowa nie istnieje. Każda żywa kultura ulega ciągłym transformacjom, nie można więc na pojęciu kultury budować czegoś trwałego. Tożsamość zamyka, kultura otwiera. O wiele bardziej adekwatne jest pojęcie zasobów kulturowych, z jakich jednostka korzysta, tworząc siebie i określając swoje miejsce w społeczności lub raczej w społecznościach. Warto także dołożyć komplementarne z zasobami kulturowymi pojęcie przynależności. Nie tyle więc jestem Francuzem, co przynależę do kultury francuskiej, tzn. kompetentnie umiem korzystać z jej zasobów w tworzeniu swojej jednostkowej tożsamości.

Nie istnieje więc także tożsamość europejska, istnieją europejskie zasoby kulturowe, do najważniejszych Jullien zalicza... tryb łączący w gramatyce, łacinę i grekę, sztukę eseju filozoficznego. Tożsamość zakłada ponadto istnienie wyraźnej różnicy między kulturami, takie właśnie założenie znajdujemy np. w „Zderzeniu cywilizacji” Huntingtona, książce, zdaniem francuskiego filozofa, z gruntu błędnej. Kultury i oparte na nich cywilizacje nie są monolitycznymi, różniącymi się blokami. Nie są oczywiście identyczne, występują między nimi rozbieżności, których jednak nie należy analizować w kategoriach różnicy, lecz dystansu. To właśnie dlatego możliwy jest dialog między przedstawicielami różnych kultur.

Skoro to wszystko wiemy, dlaczego przeżywamy renesans zainteresowania tożsamością, zwłaszcza w wymiarze zbiorowym, narodowym? Zagadkę wyjaśnił już 20 lat temu Manuel Castells. W trylogii „Wiek informacji: gospodarka, społeczeństwo i kultura” (wyd. PWN 2008–09) znalazł się tom „Siła tożsamości”. Uczony przekonuje w nim, że globalizacja połączona z głębokimi zmianami wywołanymi rozwojem nowych technologii komunikacyjnych i nowego paradygmatu społeczno-gospodarczego nieuchronnie doprowadzą do reakcji obronnej. Jak wyjaśniała to prof. Mirosława Marody, kierująca zespołem tłumaczącym trylogię Castellsa: „Gdy świat się rozpada, ludzie zaczynają się definiować nie przez to, co robią, ale przez to, kim są lub wydaje im się, że są. Stąd właśnie usilne poszukiwanie tożsamości. U schyłku XIX w. odpowiedzią na kryzys społeczny, wywołany eksplozją nowoczesności, był nacjonalizm. Dziś niektórzy powracają do tego rozwiązania” (POLITYKA 47/07).

Komentarz prof. Marody sugeruje, że w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o zbiorowe My wcześniej trzeba przyjrzeć się współczesnej jednostce i odpowiedzieć, kim jest Ja? Co określa tożsamość współczesnej jednostki? Dobrą podpowiedź zaproponował na początku 2007 r. tygodnik „Time”. Co roku ogłasza on Człowieka Roku. W 2007 r. na okładce znalazło się lusterko i nominacja: Ty. Czyli Ja. Ale Ja zaopatrzone w komputer (redaktorzy „Time’a” nie wiedzieli, że w ciągu kilku lat rolę komputerów przejmą smartfony – pierwszy iPhone zapoczątkowujący nową rewolucję wchodził na rynek właśnie w styczniu 2007 r.). Tak więc podmiotem historii stała się jednostka podłączona do teleinformatycznej sieci, zanurzona w hiperkomunikacyjnym świecie. Kim jest?

Ja historyczne

Kim jest ten człowiek? Jaki ma związek z osobą, która przeglądała się w tym samym lustrze dzień wcześniej i przed tygodniem? Najmniejszy problem z odpowiedzią miałby pewnie biolog – to, co widać, można zredukować do nici DNA, podstawowej, niepowtarzalnej informacji o biologicznej strukturze organizmu, dającej się wyrazić w niespełna 30 tys. genów. Imię, nazwisko, PESEL, NIP, adres, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]