Czwartek, 17 maja 2012
Z jednej strony państwa rozwinięte obsypują biedne kraje pomocą rozwojową. Ale z drugiej, świadomie i systematycznie utrwalają ich niedolę.
Nad wielkim słonym jeziorem Turkana w północnej Kenii stoi ogromna przetwórnia ryb. Wybudowała ją w latach 90. norwesko-izraelska organizacja charytatywna, żeby pasterzom żyjącym na pustyni wokół jeziora zapewnić cywilizowane i stałe źródło dochodu. Nikt jednak nie wziął pod uwagę, że linia brzegowa jeziora się przesuwa. Wkrótce jezioro znalazło się kilka kilometrów od fabryki, a duży trawler, który kupiono i przywieziono z drugiego końca świata, zatonął podczas dziewiczego rejsu, bo przyzwyczajeni do małych łódeczek rybacy nie potrafili sobie z nim poradzić.
Przetwórnia znad jeziora Turkana trafiła już do podręczników jako przestroga, jak nie należy pomagać. Takich przykładów można znaleźć oczywiście więcej: drogi kończące się w środku dżungli albo plakaty z informacjami, jak chronić się przed HIV, wydrukowane w językach, których nie znali ich adresaci. William Easterly, były ekonomista Banku Światowego, w niedawno wydanej książce policzył, że przez ostatnie 50 lat Zachód wydał 2,3 bln dol. na pomoc rozwojową – z efektem, jak uważa, mizernym.
To jednak tylko część prawdy. Nicholas Kristof, komentator „New York Timesa”, specjalizujący się w pisaniu o najbiedniejszych krajach świata, lubi przypominać, że w 1960 r. zmarło na całym świecie 20 mln dzieci poniżej 5 roku życia. W tym roku umrze ok. 8 mln takich dzieci (a ludzi w 1960 r. było o połowę mniej niż dziś, więc proporcjonalnie spadek śmiertelności jest jeszcze większy). Chociaż nadal umiera zbyt wiele małych dzieci, to zaznacza się gigantyczny postęp – osiągnięty m.in. dzięki wielkim kampaniom szczepień, dzięki edukowaniu matek i dożywianiu małych dzieci, prowadzonym w najbiedniejszych krajach za pieniądze z pomocy rozwojowej. Ale prawdą jest i to, że pomoc rozwojowa jeszcze żadnego kraju nie wydobyła z nędzy. Dlaczego? Także dlatego, że bogate kraje naprawdę nie ułatwiają biednym wyjścia z biedy.
Zachód jedną ręką daje, drugą zabiera. Ambrosius z Ugandy opowiada o farmie swojego ojca: małym poletku, na którym hodował on banany. Niewiele jednak miał z nich pożytku. – Chociaż nasze banany są bardzo tanie, nie możemy ich sprzedawać do Europy – wyjaśnia. – Europejczycy mówią, że nie spełniają norm. Banany były znacznie krótsze i miały trochę inny kształt niż te, które są w waszych sklepach. Smakowały jednak co najmniej równie dobrze.
Ojciec Ambrosiusa Kibuuki i jego sąsiedzi padli ofiarą mechanizmu, który ma zapewnić ich europejskim i amerykańskim kolegom wysoki poziom życia. Skomplikowany i kosztowny system dopłat sprawia, że europejscy i amerykańscy rolnicy – chociaż produkują znacznie drożej niż zarabiający średnio 30 dol. miesięcznie Ugandyjczycy – mogą sprzedawać produkty rolne na światowym rynku po niższych cenach. Równocześnie za pomocą wysokich ceł i rozmaitych innych barier (np. odpowiednio ustawionych norm sanitarnych) kraje bogate odcinają żywności z Trzeciego Świata dostęp do własnych rynków. W ten sposób najbiedniejsi tracą zyski z eksportu jedynych towarów, jakie mogą wyeksportować, i które mogłyby stać się kołem zamachowym ich gospodarek.
Skutki, które przynoszą wysokie dopłaty do rolnictwa, widać najlepiej na przykładzie międzynarodowego handlu bawełną. 25 tys. farmerów z południowych stanów USA otrzymuje rocznie 3–4 mld dol. dotacji z budżetu federalnego. Dzięki temu są w stanie sprzedawać bawełnę na rynkach międzynarodowych znacznie taniej od konkurencji – w tym od kilku milionów chłopów z Mali i Burkina Faso. Bawełna jest głównym towarem eksportowym obu tych państw, w których dochód na głowę statystycznego mieszkańca jest blisko 100 razy mniejszy niż w Stanach Zjednoczonych. A ponieważ globalna gospodarka to system naczyń połączonych, tani amerykański eksport powoduje spadek cen skupu bawełny w Zachodniej Afryce, pogrążając miejscowych farmerów w jeszcze większej nędzy.
Ekonomiści nie mają wątpliwości, że Amerykanie na swoich wielkich zmechanizowanych farmach produkują drożej niż żyjący na skraju głodowej śmierci chłopi z Mali, którzy dysponują tylko siłą własnych mięśni. Przychód przeciętnego amerykańskiego farmera produkującego bawełnę przekracza jednak 1 mln dol. rocznie. Dzięki uzyskanemu z państwowych dopłat bogactwu tworzą oni wpływowe lobby, z którym musi się liczyć każdy kandydat na senatora i kongresmena.
Dopłaty do produktów rolnych to tylko jeden sposób zabierania biednym pieniędzy. Zachód ma np. wysokie cła na importowane produkty rolne, głównie z biednych krajów, a wymusza na nich niskie cła na produkty przemysłowe, które sam sprzedaje. Chętnie przyjmuje dobrze wykształconych imigrantów z biednych krajów, przyczyniając się do drenażu mózgów. Dopiero od niedawna przestało być tolerowane korumpowanie urzędnikó...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]
Polska przekazuje na pomoc rozwojową zaledwie 0,08 proc. PKB. Mniej dają w Unii tylko Bułgarzy (0,04 proc. PKB), więcej m.in. Litwini (0,11 proc.) i Czesi (0,12 proc.). Większość polskiej pomocy zasila budżet pomocowy Komisji Europejskiej, ONZ i Banku Światowego, resztę MSZ dzieli głównie między Afganistan, Angolę, Autonomię Palestyńską, Białoruś, Gruzję, Mołdawię i Ukrainę. W ramach oszczędności MSZ zmienia formułę europejskich dni rozwoju (EDR) w trakcie polskiej prezydencji w UE – zamiast wielkiej trzydniowej imprezy w Warszawie odbędzie się wiele mniejszych konferencji w innych stolicach Unii. Tymczasem EDR są jednym z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu unijnych szczytów, w tym wypadku z udziałem delegacji z państw-biorców, okazją do pokazu dobrych intencji i prezentacji europejskiej szczodrości.