Czwartek, 17 maja 2012
Ostatnie lata przyniosły zalew nowych tłumaczeń klasycznych dzieł. Dlaczego tłumacze biorą się do tytułów, które istnieją już w języku polskim często w niezłych przekładach?
Pierre Menard, bohater opowiadania Borgesa, tak kochał Don Kichota, że musiał napisać go na nowo. Podobnie jest z wieloma tłumaczami, tak kochają jakiś utwór, że chcą go koniecznie na nowo przełożyć – mówi Małgorzata Łukaszewicz, autorka m.in. nowego przekładu „Radosnej wiedzy” Nietzschego i książek W.G. Sebalda. Niektóre utwory są dla tłumaczy wiecznym wyzwaniem: „Alicja w krainie czarów”, ale i „Faust” Goethego. Nowych przekładów jest coraz więcej – powstały niedawno dwie serie wydawnicze: „Wielcy pisarze w nowych przekładach” wydawnictwa Sic! i seria „50 na 50” Znaku, czyli 50 tytułów na jubileusz pięćdziesięciolecia Znaku.
Serię Znaku rozpoczął nowy przekład „Szwejka” Jaroslava Haška pióra Antoniego Kroha, który wprowadza rewolucję nawet w tytule, zniknął bowiem dobry wojak znany z wersji Hulki-Laskowskiego, a pojawił się dzielny żołnierz Szwejk. – „50 na 50” to książki, które lubimy, wypadkowa naszych gustów, chcielibyśmy stworzyć nowy kanon. W tradycji anglosaskiej każda generacja stara się mieć nowe tłumaczenia dzieł klasycznych, mają potrzebę mierzenia się z tradycją – mówi Jerzy Ilg, szef wydawnictwa Znak. W jubileuszowej serii „50 na 50” dotychczas ukazały się m.in. „Lord Jim” Conrada w nowym tłumaczeniu Michała Kłobukowskiego, „Bracia Karamazow” – Adama Pomorskiego, „Mądre dzieci” Angeli Carter w przekładzie Joanny Jabłońskiej-Bayro.
– Przekład powinien być nigdy niekończącym się procesem – mówi Jerzy Jarniewicz, autor nowego przekładu „Portretu artysty w wieku młodzieńczym” Joyce’a. Przekłady się starzeją, nawet szybciej niż oryginalne utwory. Nie są ostateczne, żaden przekład „wzorcowy” nie wyklucza podejmowania nowych prób, podobnie jak po Menuhinie pianiści nadal grają utwory Schuberta czy Bacha. Każde nowe tłumaczenie dzieła przede wszystkim oświetla je na nowo, nadaje mu ponownie miano klasyka. Z drugiej strony, do pewnych przekładów jesteśmy bardzo przywiązani. Dostojewski w przekładzie Wata czytany w młodości mógł zrobić tak kolosalne wrażenie, że nie chcemy sięgać po inne wersje.
W wydawnictwie Sic! pojawiły się m.in. „Kopista Bartleby. Historia z Wall Street” Hermana Melville’a w przekładzie Adama Szostkiewicza, dwie książki Flauberta – „Trzy baśnie” w przekładzie Jarosława Marka Rymkiewicza i Renaty Lis oraz „Kuszenie świętego Antoniego” w przekładzie Piotra Śniedziewskiego czy „Ojciec Sergiusz” Lwa Tołstoja w przekładzie Ryszarda Przybylskiego. Tę serię wyróżniają komentarze często kilku autorów do każdego tłumaczenia. Renata Lis z wydawnictwa Sic!: – Dobry przekład literacki wymaga nie tylko kompetencji, ale także talentu i pasji. Dlatego szukamy tłumaczy, którzy chcą pokazać fascynujący ich utwór innym – przełożyć go na nowo, ale również opatrzyć ciekawym komentarzem, wprowadzić literaturę w żywy kontekst, z którego przecież zawsze wyrasta.
Drugie życie Joyce’a
Czy tłumacz powinien być wierny oryginałowi, czy dbać o dobre brzmienie? Okazuje się, o czym pisał niedawno „Magazine littéraire”, że w literaturze francuskiej w XIX w. akceptowano wiele: drastyczne cięcia, skróty, zdarzało się, że autor przekładu czasem dorzucał fragmenty przez siebie wymyślone lub usuwał całe rozdziały. Z kolei wyznawcy szkoły pokory uważali, że prawdziwy tłumacz powinien być na usługach autora.
Tym, co łączy większość polskich nowych przekładów, jest wierność oryginałowi. Daleko idące ingerencje nie są w modzie. Nowy przekład polega często na poprawianiu błędów, jakie popełnili dawni tłumacze. Zrąb nowoczesnych przekładów literatury światowej powstał u nas w czasach Młodej Polski. To była pierwsza epoka literacka, w której tłumacze mieli ambicje przeszczepiania do literatury polskiej nie poszczególnych autorów czy poszczególnych dzieł, tylko całej tradycji literackiej. Tacy tłumacze, jak Tadeusz Boy-Żeleński, Edward Porębowicz, Leopold Staff, Jan Kasprowicz czy Antoni Lange, wierzyli w projekt cywilizacyjny. Wiele z tych młodopolskich przekładów dzisiaj trąci myszką.
– „Trzy baśnie” tłumaczyli w latach 50. i 60. Wacław Rogowicz i Julian Rogoziński, a „Kuszenie świętego Antoniego” sto lat temu Antoni Lange. Ujmę to tak: każdy, kto czytał te książki w tamtych tłumaczeniach, powinien uznać, że ich nie zna. Ginie w nich całkowicie styl Flauberta, tłumacze pozwalają sobie na dziwne poetyzmy i archaizmy, zmieniają układ akapitów, tną zdania po swojemu, dopisują, wycinają, przekręcają itd. Dotyczy to również „Salambo” oraz „Bouvarda i Pecucheta”, obie rzeczy przekładał Wacław Rogowicz – mówi Renata Lis.
Ciągle słabo przyswojony w Polsce wydaje się James Joyce, a przecież nie sposób wyobrazić sobie bez niego nowoczesnej literatury. – Maciej Słomczyński, tłumacz „Ulissesa”, wprowadził Joyce’a do świadomości polskiego czytelnika, natomiast do jego przekładu można mieć wiele uwag. „Finnegans Wake” nigdy w całości nie ukazało się ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]