POLITYKA

Czwartek, 29 czerwca 2017

Polityka - nr 14 (3105) z dnia 2017-04-05; s. 16-18

Polityka

Rafał Kalukin

Lekarz wymyślonych chorób

Jarosław Kaczyński słynie z trafnych diagnoz, ma problem jedynie z „leczeniem”. To pogląd dosyć popularny nawet wśród przeciwników PiS. Tyle że fałszywy.

Zaczęło się od Adama Michnika, który przed komisją śledczą ds. afery Rywina oddawał po latach sprawiedliwość prezesowi PiS i jego dawniejszym antykorupcyjnym przestrogom. Motyw „świetne diagnozy i marne wykonanie” powracający potem w licznych tekstach (np. „Mój kłopot z panami K.” Jacka Żakowskiego w POLITYCE z 2006 r.) oraz medialnych dyskusjach. Utrwalany również w ostatnich latach zwłaszcza przez młodszą lewicę, która doceniła wrażliwość PiS na rozwarstwienie społeczne, śmieciówki, problem niskich płac.

Słychać więc czasem westchnienia: skoro Kaczyński ma tak dobry słuch społeczny i nawet potrafi niekiedy zrobić z niego sensowny użytek (program 500+), to po co mu zamordystyczny naddatek? Nie mógłby po prostu skupić się na rozwiązywaniu społecznych problemów bez rozwalania Trybunału Konstytucyjnego, obsesji antytuskowej, awanturnictwa w polityce zagranicznej? Kaczyński jest tu figurą pękniętą. W zasadzie chce dobrze, lecz kieruje nim jakaś tajemnicza skaza na duszy bądź destrukcyjne – po Smoleńsku jakoś tam zrozumiałe – namiętności.

Ale to tak, jakby widzieć same drzewa i nie dostrzegać lasu. Bo diagnozy Kaczyńskiego pozornie tylko służą wskazaniu źródeł społecznego bólu. W rzeczywistości co najwyżej stwierdzają fakt jego wystąpienia, przy okazji wyolbrzymiając jego skalę i znaczenie. Dla cierpiącego w samotności to oczywiście całkiem sporo i nietrudno wtedy przeoczyć, że diagnoza wcale nie została postawiona po to, aby wyleczyć. A przynajmniej nie to jest jej głównym celem. Niezmiennie chodzi bowiem o wskazanie i ukaranie tych, którzy ów ból rzekomo zadają. Czyli niemal każdego, komu z PiS nie po drodze.

Pytanie, czy Kaczyński musi wszystko rozwalić, aby rozwiązać kilka społecznych problemów, wcale więc nie jest pytaniem absurdalnym.

Państwo w ruinie

Wędrówkę po kolejnych diagnozach prezesa zacznijmy od końca. Od ostatniej jak dotąd wypowiedzi kompleksowej, którą zawarł w książce „Polska naszych marzeń” z 2011 r. Później Kaczyński przeważnie już tylko reagował na bieżące wydarzenia, przedstawiał doraźne interpretacje, insynuował. Zarzucił jednak nawyk konstruowania zawiłych opisów polskiej rzeczywistości. Nawet jego sejmowe wystąpienie w debacie nad exposé Beaty Szydło zawierało tylko zestaw pisowskich oczywistości. Inaczej niż dekadę wcześniej, gdy w analogicznej sytuacji po powstaniu rządu Kazimierza Marcinkiewicza w sugestywnym wystąpieniu Kaczyński ogłaszał nowe linie podziału. Rządom „dobrej zmiany” brakuje więc klarownej diagnozy. Jest ona szczelnie ukryta pod propagandowymi komunikatami. Choć można sądzić, że niemal się nie zmieniła. Uzupełniana przez lata o kolejne elementy, przypieczętowana wreszcie smoleńskim stemplem, być może osiągnęła ostateczny kształt i nie ma już potrzeby niczego dopowiadać.

Z „Polski naszych marzeń” płynął zresztą wniosek paradoksalny: że Kaczyński tak naprawdę nie marzy. Niczego choćby niebanalnego o swej wyśnionej Polsce nie był w stanie powiedzieć. Tyle że ma być silna, poważana, sprawna, przyjazna obywatelom, wspólnotowa. Lecz któżby się pod tym nie podpisał? Łatał więc dziury odwołaniami do standardów zachodnioeuropejskich. Szwedzkich, duńskich, austriackich, czasem niemieckich. Tamtejsza proza życia niezbyt przekonująco jednak wypadała w roli prezesowskiego ideału.

O ile we wstępnej części książki rozum podpowiedział Kaczyńskiemu, że dobrze byłoby wzorować się na edukacyjnym systemie Finlandii (Kaczyński przywołuje nawet sukcesy fińskich dzieci w testach PISA), to już osobny rozdział poświęcony polskiej edukacji dyktuje mu stary nawyk: „Zawsze uważałem, że pierwszym krokiem do odnowy polskiej szkoły powinno być przywrócenie porządku”. A skąd ten wniosek? Ano stąd, że – i nie jest to karykaturalny skrót – teraz w szkołach nawet dziewczęta biją się do nieprzytomności (za czasów prezesa też się czasem biły, ale wtedy było to „raczej śmieszne”). Autor co prawda zastrzega, że jeśli tłuką się tylko chłopaki, to „nie należy przesadzać ze ściganiem tego”. Później z zachwytem opisuje widok napotkanej gdzieś grupki dziewcząt w strojach marynarskich („pięknie to wyglądało”), sławiąc dobrodziejstwa szkolnych mundurków. Znajduje też miejsce na refleksję dydaktyczną o tym, że w polskich szkołach za dużo jest testów. Podczas gdy należałoby oprzeć system na rozmowie. Za pozytywny przykład służy tu prezesowi sowiecka edukacja. Z zastrzeżeniami, ale – podkreśla – trzeba pamiętać, ilu w ZSRR wyedukowano świetnych inżynierów, dyplomatów, pracowników wywiadu.

Jak więc zmienić polski system? Starczy prezesowi wyobraźni na dokonanie wyboru pomiędzy dwoma modelami: z II Rzeczpospolitej albo PRL. Lecz „optymalny byłby chyba jednak” ten ostatni.

„Przywracanie porządku” powraca zresztą w rozlicznych kontekstach. „Aby zmieniać Polskę, trzeba mieć odpowiednich ludzi”. „Główna sprawa to oczywiście jakość armii, szczególnie jej kadr”. „Z sądami w Polsce jest taki ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]