POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 31 (3121) z dnia 2017-08-02; s. 25-26

Ogląd i pogląd

Ludwik Dorn

Lepiej być karłem?

Na naszych oczach kształtuje się nowa tożsamość polskiej wspólnoty narodowej: wspólnota strachu i neurozy. Bo takie jest zasadnicze przesłanie obecnego obozu władzy, który odmawia przyjęcia choćby jednego uchodźcy.

To tylko z pozoru czysta polityka. Jarosław Kaczyński w 2015 r. odkrył polityczną moc wiążącą się z generowaniem strachu i zarządzaniem nim (sławetne roznoszenie przez uchodźców pasożytów i zarazków). Wobec fali zamachów terrorystycznych w Europie Zachodniej linię tę podtrzymał objąwszy rządy, choć silniejszego związku między tamtymi aktami terroru a uchodźcami i/lub migrantami z lat 2014–17 nikomu dotąd nie udało się wykazać. Niemniej, i to jest dla PiS najważniejsze, prowadzona polityka zarządzania strachem okazała się skuteczna: przyjmowaniu uchodźców przeciwstawia się, według sondaży, ponad 70 proc. Polaków, a rządy PiS przedstawiane są jako jedyna realna zapora przed migracyjną falą.

Gdyby chodziło tylko o zarządzanie strachem w celu utrzymania władzy przez PiS, można by ostatecznie machnąć ręką. Kolejne rządy, partie – rzecz przemijająca. Chodzi jednak o rzecz głębszą, ważniejszą i poważniejszą – o metapolitykę i głęboką modyfikację tożsamości narodowej przesądzającej o funkcjonowaniu polskiej wspólnoty w Europie i świecie, a przede wszystkim u siebie – w Polsce. I nie jest przy tym ważne, czy ta modyfikacja jest uświadomionym celem PiS, czy tylko nieprzewidywanym efektem ubocznym. Nawet jeśli intencji nie ma, to na jedno wychodzi.

Można mieć do sondaży jako wskaźnika głębszych procesów społecznych stosunek sceptyczny, ale coś jednak one o rzeczywistości mówią, zwłaszcza wtedy, gdy stawiają respondentów w sytuacji realnego wyboru. Dlatego nie można lekceważyć tego, że ponad 60 proc. Polaków jest przeciwnych otwarciu organizowanych przez Kościół katolicki korytarzy humanitarnych dla uchodźców z Syrii. Mało kto w Polsce wie, na czym korytarze humanitarne polegają, ale repulsywna reakcja na zbitkę: uchodźcy–przyjmowanie–Kościół, daje do myślenia. Podobnie jest z opublikowanym w POLITYCE sondażem, według którego blisko 57 proc. popiera odmowę przyjęcia uchodźców muzułmańskich, nawet gdyby groziło to utratą funduszy unijnych, a 51 proc. jest przeciw przyjęciu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z koniecznością opuszczenia Unii Europejskiej. Unia Europejska i jej fundusze to już nie coś mglistego, ale twardy konkret, który, dzięki tablicom informacyjnym o finansowaniu inwestycji, widać niemal w każdej polskiej gminie. A jednak…

Bardzo emocjonalna debata w Polsce w sprawie uchodźców toczy się na wysokim poziomie ogólności: przyjmować czy nie przyjmować, co nie ma związku z realnymi wyborami, przed którymi stoimy. Warte są one, dla porządku intelektualnego, precyzyjnego opisania.

Po pierwsze zatem, stoi przed nami wybór, czy gotowi jesteśmy zgodzić się na proponowany przez Komisję Europejską mechanizm automatycznej relokacji uchodźców z wyznaczonymi kwotami. Mało kto zauważa, że w tej sprawie żadnego sporu w Polsce nie ma. Uchwały Sejmu przeciwstawiające się temu projektowi przeszły prawie jednogłośnie. Nikt nie opowiada się za tym, by przyjmować dziesiątki tysięcy muzułmanów.

Po drugie, i tu już sprawa jest bardziej skomplikowana, spór polityczny toczy się o to, czy w ogóle, a jeśli już, to w jakim zakresie, Polska ma respektować decyzję Unii z września 2014 r. (określoną jako środek tymczasowy) o relokacji 140 tys. uchodźców przebywających w Grecji i we Włoszech? PiS po początkowych wahaniach (w 2016 r. zadeklarował, że przyjmie stu uchodźców) oznajmił, że żadnego uchodźcy nie wpuści, choćby nie wiem co. Platforma Obywatelska nie ma jednoznacznego stanowiska: zaczęła od tego, że z przyjętych zobowiązań (ok. 7 tys. uchodźców) trzeba się wywiązać, przez stwierdzenie Grzegorza Schetyny, że uchodźców nie należy przyjmować, po obecne stanowisko, że jak ta partia obejmie rządy, to przyjmie kilkudziesięciu uchodźców, przede wszystkim kobiety i dzieci. PO prezentuje się zatem jako blada kopia PiS.

Istotniejszy jednak, jeśli chodzi o kształtowanie tożsamości narodowej, jest spór o organizowane przez Kościół korytarze humanitarne. W Polsce chodzi o wydanie wiz humanitarnych i przyjęcie kilkuset osób na leczenie specjalistyczne i następnie otoczenie ich opieką przez deklarujące taką wolę parafie i samorządy. W odrzucaniu tej inicjatywy, za którą stoi autorytet papieża Franciszka i polskich biskupów, sam rząd jest dość powściągliwy w słowach. Twierdzi, że rozważa i zastanawia się, ale przedłużające się rozważanie już doprowadziło do napięć między rządem a episkopatem i Stolicą Apostolską a Warszawą.

Powściągliwy rząd wyręczają jednak mniej powściągliwi prawicowi i propisowscy publicyści. Na finansowanych przez pisowskie spółki i fundacje portalach ukazują się artykuły, które ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Ludwik Dorn – polityk, publicysta, socjolog. Były marszałek Sejmu (2007 r.) i były poseł (III–VII kadencji). W latach 2005–07 wicepremier i szef MSWiA. W PRL opozycjonista, w III RP współtwórca Porozumienia Centrum i PiS. Od 2008 r. formalnie poza PiS, choć w wyborach w 2011 r. startował do Sejmu z list tej partii. W 2015 r. próbował wrócić do Sejmu z list PO.