POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 30 (3120) z dnia 2017-07-26; s. 49-51

Świat

Marek Ostrowski

Lepsi swoi

Nawet jeśli Ivanka Trump zdominuje kolejny szczyt G20, a Jared Kushner rozwiąże konflikt izraelsko-palestyński, nepotyzm pozostanie zarazą na ciele demokracji.

Kandydat Donald Trump obiecywał „osuszyć bagno w Waszyngtonie”, przywrócić moralność rządów, wprowadzić kodeksy etyczne. Hasła w wyborach sprzedały się dobrze. Ale czy prezydent nie powinien był zacząć dzieła od siebie? Po sześciu miesiącach prezydentury widać, że Trump najważniejsze stanowiska w Białym Domu obsadził nie według kompetencji i osiągnięć, ale nagradzając po prostu najbliższą rodzinę.

Ze swej córki Ivanki i jej męża Jareda Kushnera uczynił głównych doradców. Wygląda na to, że Jared wywiera na prezydenta większy wpływ niż tacy członkowie gabinetu, jak minister obrony, czterogwiazdkowy generał James Mattis z 40-letnią wzorową służbą wojskową. A Ivanka, która cały czas się zarzekała, że nie chce żadnej roli w rządzeniu, na szczycie G20 zasiadała obok Angeli Merkel, która przez lata musiała swoją pozycję wywalczać i potwierdzać w powszechnym głosowaniu.

Nie tak postępujemy w Ameryce – napisał w prasie doradca prezydenta Obamy ds. etyki Norman Eisen. To ocena łagodna, bo kongresmenka Jackie Speier pisze wprost: nepotyzm jest zwykle cechą dyktatur i reżimów marionetkowych, a dziś republikanie reagują na to wszystko wzruszeniem ramion. Speier jest członkinią stałego Komitetu Izby Reprezentantów ds. wywiadu; zabiera głos, bo Trumpowy nepotyzm to również niewyjaśnione stosunki najbliższego otoczenia prezydenta z ludźmi Kremla.

Zarówno Ivanka, jak i jej mąż w przewidywaniu poważnych ról wypełniali formularze SF-86, które pomagają FBI w prześwietlaniu kandydata na wysokie stanowisko przed dopuszczeniem go do tajnych informacji państwowych. W toku takiego prześwietlenia agenci zadają trudne pytania – na przykład, czy w podróży kandydat miał kontakty seksualne z kimś z innego kraju? Nie chodzi przy tym o ocenę moralności, ale o ustalenie, czy obce mocarstwo nie zastawiło na kandydata tzw. honey trap, pułapki miłosnej albo pułapki politycznej.

Jared Kushner w formularzu SF-86 nie napisał o spotkaniu z rosyjską prawniczką, która zapowiadała, że przekaże dokumenty kompromitujące Hillary Clinton. Spotkanie to uprawdopodobniło najgorsze podejrzenia o tzw. Russiagate. Otoczenie prezydenta nie wytłumaczyło się dotąd z treści i znaczenia kontaktów z Rosją, jakie podjęło przed wyborami. Kushner dosyłał potem uzupełnienia do formularzy, ale FBI musi się zastanawiać, czy początkowy brak informacji był zwykłym przeoczeniem czy fałszywym zeznaniem. A czy Ivanka napisała o swoich kontaktach i kontaktach męża? – pyta w liście do FBI 20 deputowanych Izby Reprezentantów.

Postępowanie FBI się toczy. Ale FBI podlega przecież prezydentowi. Oczywiście nikt inny niż Kushnerowie nie byłby tak pobłażliwie potraktowany w podobnych okolicznościach. Zresztą oboje małżonkowie w Białym Domu działają swobodnie, choć bez prześwietlenia FBI. A nawet gdyby wywiad miał o nich opinię negatywną, to ostateczna decyzja o dopuszczeniu do tajemnic należy do ojca i teścia. To dodatkowy aspekt nepotyzmu.

Ivanka obok Angeli

Na tym szczeblu władzy właśnie taka taryfa ulgowa wobec krewnych na posadach dygnitarzy budzi zaniepokojenie. Czy prezydent może ich ukarać albo wyrzucić w razie kiepskiej pracy – tak jakby postąpił z osobami trzecimi? I odwrotnie – czy w razie konfliktu interesów ich lojalność osobista i rodzinna nie weźmie góry nad rygorami prawa, procedur państwowych, a nawet bezpieczeństwa? Kto naprawdę ośmieli się prześwietlić prezydenta?

W 1967 r. Kongres uchwalił federalne przepisy przeciw nepotyzmowi, znane dziś jako sekcja 3110 Kodeksu Stanów Zjednoczonych. Przepisy nie pozwalają amerykańskiemu urzędnikowi mianować, zatrudniać ani popierać czy rekomendować żadnego krewnego w tej części administracji, w której pracuje albo nad którą sprawuje kontrolę. Nominacje osób tak bliskich są więc jasnym złamaniem prawa? Wcale nie! Bowiem niezależnie od sekcji 3110 w kodeksie figuruje też sekcja 105, która stanowiska w Białym Domu zwalnia z takich ograniczeń.

Eksperci prezydenccy tłumaczą poza tym, że Biały Dom to nie jest „administracja”, o której mowa w sekcji 3110 kodeksu. Ale również ci niezależni wskazują, że nie ma właściwie drogi prawnej, by tępić nepotyzm prezydenta USA. Trudno przecież zabronić prezydentowi szukania porady u członków rodziny jako osób prywatnych. A ani Ivanka, ani jej mąż – choć cieszą się tytułami doradców – nie pobierają żadnych pensji rządowych.

Zresztą, co tu rozprawiać o normach prawnych. Sam Trump zapytany, jak rozwiąże oczywiste ryzyko konfliktu interesów między jego decyzjami prezydenckimi a losem ogromnego imperium nieruchomości, których jest właścicielem, odpowiedział, że prezydent „nie może mieć konfliktu interesów”. Jeśli został wybrany na najwyższy urząd, to co do zasady dba wyłącznie o interes publiczny, a nie prywatny. Proste.

Wprowadzenie tak bliskich osób do personelu rzą...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]