POLITYKA

Piątek, 18 sierpnia 2017

Polityka - nr 40 (2725) z dnia 2009-10-03; s. 64

Kultura / Kawiarnia Literacka

Jacek Dehnel

Letnie przyjemności

Odchodzą – aż do kolejnego sezonu – letnie przyjemności. Letnie przyjemności nie są tematem na felieton, bo nie jest nim nic co przyjemne; czytelnik felietonów oczekuje konfliktu, kaustycznego humoru, kpin wymierzanych jak sztychy rapierem (lub choć wykałaczką) – a jakże to znaleźć w urocze przedpołudnie mijającego lata? „Rodzina wyjechała do Hagen, sam zostałem w tym ogromnym domu”. A właściwie: P. wyjechał do Krakowa, sam zostałem na tych dwóch pokojach z kuchnią, podczas gdy on w domowych pieleszach rozgrywa z babcią i wujostwem kolejne partie kanasty. U mnie grało się w garibaldkę; kanasty nauczyłem się dopiero od rodziny P. – gramy zatem głównie w święta, bo we dwójkę partie są mniej emocjonujące. A dobranie drugiej pary nie jest takie znowu łatwe; już już dowiadujemy się, że ktoś ze znajomych czy przyjaciół w kanastę grywa, a tu znów się okazuje, że ile rodzin, tyle zasad; i trudno przecież argumentować, że u P. tak się grało od niepamiętnych czasów, skoro u tamtych też babcia z pradziadkiem rżnęli w kanastę według tamtych, zupełnie innych, reguł. I spory, ile za trójkę, ile za ósemkę, i czy w takim wypadku wolno się wykładać czy nie... najwyraźniej trzeba sobie znaleźć jakąś parę i wykształcić we własnym rycie.

Wszystko to jednak są letnie przyjemności, które nie nadają się na felieton. Podobnie jak zmienione rytmy dnia – można („rodzina wyjechała do Hagen”) pracować wieczorem, potem zdrzemnąć się w ubraniu (nikt nie będzie pędził do „porządnego położenia się spać”), wstać w środku nocy, znów pracować do rana i zasnąć, kiedy letnie słońce błyska od strony Tamki; a potem spać do południa i zjeść śniadanie w łóżku. Porządne, na wielkiej tacy, z książką, trwające najmniej godzinę. Albo pójść po bagietki do Vincenta. Idzie się koło budki z kebabami, wzdłuż kamienicy, na której trwa walka – dołem o rząd dusz w polskim teatrze współczesnym (wielki napis Jan Klata Sałata), a górą – o rząd dusz w polskim żywieniu na wynos (Tylko bydło żre u Turków; bydło gwałtownie przekreślone, nadpisane mądrala; nieco niżej jeszcze dopiski: Jedzenie u turków mniam!!!mniam!!! i Nie prawda!!!), na Ordynackiej pani z kiosku woła „Pan podejdzie i zobaczy... o, taki jeden też miał taki kapelusz jak pan, taki biały, ale skrytykował go stylista. Nie Jacyków, bo tego to nie poważam, jakiś inny, zaraz panu pokażę. Zaraz, gdzie to było... o, tutaj chyba, ten, Zakościelny, o, pan zobaczy. No tak, prawda, skrytykował, że to nie strój wieczorowy. No tak. To co innego. Ale widzi pan, jednak. Skrytykował”; idzie się dalej i skręca w Nowy Świat, a ładna pani u Vincenta mówi, które bagietki są prosto z pieca, i dostaje się takie gorące, że parzą przez papierową torbę – i idzie się w słońcu, bo jeszcze lato, z tymi gorącymi bagietkami, a Nowym Światem jadą rowerzyści i spacerują matki z dziećmi, bo jest akurat weekend i nic środkiem nie jeździ. Są to jednak przyjemności letnie, o których nie ma co pisać. Podobnie jak o obfitości bakłażanów, bobu, pomidorów pachnących pomidorami, kalarepek, które się niesie potem do domu w wielkiej torbie ani myśląc o stekach, jest bowiem lato, czas letnich przyjemności.

Lato nie jest zatem – nawet późne – czasem na pisanie felietonów, letnie przyjemności bowiem, takie jak czytanie książek na balkonie, z nogami opartymi o skrzynki wy-le-wa-ją-cych się wprost pelargonii, zjadają większość czasu i nie dostarczają żadnych tematów. Gdzie okiem spojrzeć i stopą lotną pobieżyć, od Foksal po Oboźną i od Dobrej po Marszałkowską, ani jednej frustracji, ani jednego konfliktu, tylko ładni turyści i ładni miejscowi, i w ogóle ładnie i przyjemnie, tłumy w ogródkach spijają drinki i płacą kartą gold. Dla felietonisty – śmierć, zamarynowanie w szczęściu; sezon nie ogórkowy, ale korniszonowy wręcz. Termin, jednakowoż, wisi złowrogo. Znikąd pomocy, znikąd ratunku. I wtedy, jak zjawiający się znikąd helikopter, który wyławia bohatera z rzeki pełnej piranii, wartko płynącej ku wodospadowi, dzwoni M. i opowiada o podróży pośpiechem „Monciak–Krupówki”. Oddaję głos naszemu korespondentowi:

Wsiadamy w Oliwie i już nie da się usiąść. Ale jakaś pani ze Sierra Leone, z mężem Anglikiem, próbuje wsiąść do przedziału rodziny stoczniowców, którzy postanowili, że zasłonią się firaneczkami i będą podróżowali ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Jacek Dehnel (ur. 1980 r.) debiutował tomem wierszy „Żywoty równoległe” (2004 r.). W 2005 r. otrzymał Nagrodę Kościelskich. W 2006 r. opublikował powieść „Lala”, za którą otrzymał Paszport „Polityki”. Wydał m.in. tomy wierszy „Wyprawa na południe” (2005 r.) i „Brzytwa okamgnienia” (2007 r.) oraz prozę: „Rynek w Smyrnie” (2007 r.) i „Balzakiana” (2008 r.).