POLITYKA

Piątek, 21 lipca 2017

Polityka - nr 34 (2719) z dnia 2009-08-22; s. 16-18

Kraj

Joanna Solska

Lipa pod palmami

Słoneczne lato, złote plaże, hamaki rozciągnięte między palmami. Tak, w reklamowych spotach funduszy emerytalnych, miało wyglądać życie emeryta. Minęło 10 lat od wielkiej reformy emerytur, z obietnic została garść piasku.

Na reformie z 1999 r. miało zyskać państwo oraz przyszli emeryci. Na razie jej beneficjentem są tylko powszechne towarzystwa emerytalne, zarządzające funduszami zbierającymi składki pracowników. Jeśli nie naprawi się systemu, za który kiedyś chwaliła nas cała Europa, wkrótce wielu emerytów będzie się kwalifikowało do pomocy społecznej.

Już przed dziesięcioma laty, gdy reklamy zachęcały do tzw. drugiego filara (patrz ramka), wiadomo było, że są nieuczciwe i obiecują dużo za dużo. Twórcy nowego systemu ostrzegali co prawda, że dla kobiet dobiegających wtedy pięćdziesiątki wstąpienie do otwartych funduszy emerytalnych może być ryzykowne. Będą w nich zbierać kapitał zaledwie przez 10 lat, a to za krótki okres, by liczyć na zyski większe niż te same pieniądze mogą przynieść w ZUS. Dziś okazuje się, że jest jeszcze gorzej: kobiety, które przechodzą w tym roku na emeryturę, otrzymują z drugiego filara średnio 55 zł miesięcznie! Nic dziwnego, że na razie zdecydowało się na to zaledwie 49 pań, reszta skorzystała z okazji, by wrócić do ZUS, który z tej części składek wypłaca kilkanaście złotych więcej.

Otwarte fundusze emerytalne (OFE) rozczarowują nie tylko z powodu kryzysu, który spowodował, że zgromadzony w nich kapitał stopniał. Kryzys po prostu ostro pokazał słabości nowego systemu. Jedni twierdzą, że ta konstrukcja od początku była źle zaprojektowana, inni, że nigdy nie dokończono budowy.

Cień piramidy

Dlaczego w ogóle powstały prywatne towarzystwa emerytalne? Bo państwo uświadomiło sobie, że samo emerytalnego ciężaru nie udźwignie. Na początku lat 90. demografowie zaczęli bić na alarm, że tzw. repartycyjne systemy emerytalne, zwłaszcza w Europie, zaczynają przypominać piramidy finansowe. Ich istotą, opartą na solidaryzmie społecznym, jest bowiem zasada, że na świadczenia emerytów składają się osoby pracujące. Oraz to, że emeryci wyjmują z systemu więcej, niż do niego włożyli. Wszystko gra, dopóki na rynek pracy wchodzi więcej osób, niż go opuszcza, jak działo się przez dziesiątki lat po wojnie. Ówczesne prognozy demograficzne pokazywały jednak, że wydłużaniu ludzkiego życia (a więc konieczności wypłacania świadczeń przez coraz dłuższy okres) nie towarzyszy większa liczba urodzeń. W ostatecznym rachunku oznacza to, że na rosnącą rzeszę emerytów pracować będzie coraz mniej ludzi, więc w systemie tzw. międzypokoleniowej solidarności nie będzie skąd brać pieniędzy na wypłaty świadczeń.

Czas, niestety, pokazał, że demografowie mieli rację. Dzisiaj w Polsce świadczenie dla jednego emeryta finansowane jest ze składek 1,7 osób pracujących. Emerytów jednak za rok–dwa będzie szybko przybywać, bo rynek pracy opuszcza właśnie powojenny wyż, który nie urodził na tyle dużo dzieci, by ze swojej pracy sfinansowały świadczenia dla rodziców. Państwo polskie, korzystając ze  społecznego przyzwolenia na reformy, postanowiło za rządów AWS i premiera Buzka zdjąć z siebie część emerytalnego ciężaru. (Budżetowe dopłaty do zusowskich emerytur sięgają bowiem 40 mld zł rocznie).

To odciążanie przyszłych budżetów (czyli malejącej liczby podatników) miało się odbywać na dwa sposoby. Po pierwsze, przyszli emeryci wyjmą z systemu tyle, ile do niego włożyli. Ich składki są zapisywane na indywidualnych kontach w  I  filarze, czyli w ZUS, i waloryzowane. Nietrudno przewidzieć, że skoro w starym systemie wyjmowali więcej, niż włożyli, a nowy ściśle uzależnia wysokość świadczenia od sumy wpłaconych składek, to nowe emerytury będą musiały być niższe. Gwałtownemu zubożeniu zreformowanych emerytów, a zwłaszcza kobiet, miało zapobiec wydłużenie wieku emerytalnego. Ponieważ politykom zabrakło odwagi, aby taką zmianę przeprowadzić, panie przechodzące na swoje wczesne emerytury nie będą mogły liczyć na więcej niż równowartość 43 proc. zarobków. Długie okresy bezrobocia, ale też urodzenie dzieci (skądinąd przez państwo pożądane) przyszłą emeryturę uczyni jeszcze niższą.

Sporą część emerytalnych zobowiązań miały też zdjąć z  państwa OFE. Przedkryzysowe kilkudziesięcioletnie doświadczenie pokazywało bowiem, że na rynkach finansowych w  dłuższej perspektywie pieniądze pomnaża się najszybciej (wtedy jeszcze wierzono, że szybciej niż w realnej gospodarce). Chociaż więc z naszej składki emerytalnej, wynoszącej 19,52 proc. zarobków, 12,22 proc. zapisywane jest w I filarze w ZUS, a tylko 7,3 proc. przekazywane jest do OFE, po dłuższym okresie oszczędzania w drugim filarze mieliśmy mieć więcej pieniędzy niż w pierwszym. Dzięki uczestnictwu w OFE nasze przyszłe emerytury miały nie być niższe niż te ze starego systemu.

Nikt jednak nie obiecywał, że stanie się to już po 10 latach. Żeby więc pierwsza fala zreformowanych emerytów urodzonych przed rokiem 1949 nie ucierpiała, w tym roku aż 80 ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Niezbędnik emeryta

I filar. Od 1999 r. składka emerytalna (19,52 proc. zarobków) jest dzielona na dwie części. 12,22 proc. jest zapisywane na indywidualnym koncie w ZUS i co roku waloryzowane. Wysokość rewaloryzacji jest tym wyższa, im szybciej rosną płace i im więcej ludzi pracuje. Za 2008 r. nasze oszczędności w I filarze wzrosły aż o 16 proc. To jest właśnie I filar. Rzeczywiste pieniądze są wypłacane na bieżące emerytury.

II filar tworzy pozostała część naszej składki, która przekazywana jest na nasze konto w wybranym otwartym funduszu emerytalnym (OFE). Członkami OFE muszą być osoby urodzone po 1968 r. Ci, których data urodzenia mieści się między styczniem 1949 a końcem 1968, mogli do OFE wstąpić, ale nie musieli. Funduszami zarządzają Powszechne Towarzystwa Emerytalne (PTE), które inwestują nasze pieniądze na giełdzie oraz w rządowe papiery skarbowe. W 2005 r. okazało się, że członkowie OFE mają na koncie więcej pieniędzy, niż gdyby tę część składki pozostawili w ZUS. Kryzys spowodował, że teraz sytuacja się odwróciła. Tracą na tym kobiety, które w tym roku przechodzą na emeryturę.

III filar mieliśmy zbudować z własnych oszczędności, jedną z jego form jest Indywidualne Konto Emerytalne (IKE). Na dobrowolne oszczędzanie w nim zdecydowało się 880 tys. osób i liczba ta maleje.