POLITYKA

Czwartek, 2 października 2014

Polityka - nr 42 (2576) z dnia 2006-10-21; s. 102-104

Społeczeństwo / Ludzie

Listy od Beaty

Po raz pierwszy publikujemy fragmenty e-mailowej korespondencji, jaką prowadziła z grupą swoich przyjaciół Beata Pawlak, wybitna dziennikarka-reportażystka. Cztery lata temu, 12 października 2002 r., zginęła w zamachu bombowym na indonezyjskiej wyspie Bali.

Pracowała w „Gazecie Wyborczej”, ale pisywała też do „Polityki”. Marzyła o wielkiej podróży po Azji. Kochała ten kontynent, znała go dobrze. Wreszcie zdecydowała, że czas już ruszać. Zwolniła się z pracy w macierzystej redakcji i ogłosiła, że teraz – jako wolny człowiek – zrealizuje swoje marzenie. Ostatni raz w naszej redakcji była kilka dni przed wyjazdem. Pełna euforii snuła plany, umawiała się na teksty, które napisze po powrocie. Powrotu nie było. Kiedy 12 października 2002 r. dowiedzieliśmy się o serii zamachów na Bali, próbowaliśmy kontaktować się z Beatą. Nie odpowiadała. Wreszcie przyszła wiadomość potwierdzająca nasze obawy.

Wybraliśmy kilka listów z kilkudziesięciu, jakie napisała. W ten sposób chcemy uczcić rocznicę jej śmierci. Beata zasługuje na pamięć.

 

1. Indie, 17 kwietnia

Namaste Kochani,

Od kilku dni jestem w Benaresie. Z tarasu mojego hotelu widzę te słynne schody schodzące do Gangesu, na których nie ma – jak na fotografiach – tysięcy kobiet kąpiących się w sari. Są za to dziesiątki mężczyzn piorących, pływających, myjących zęby w kałużach albo po prostu modlących się w kucki nad rzeką-Matką.

Dzień mam dość pracowity. Rano – spacer nad brzegami Gangesu. Potem – godzina jogi lub gry na bębnach, bo Benares jest również indyjską stolicą muzyki. Tutaj ludzie lubią mówić – muzyka to medytacja. Po południu – kontemplacja przy stosach. Wieczorem – pudża, czyli nabożeństwo nad brzegiem Gangesu. Wśród zgromadzonych biegają dzieci z koszyczkami ofiarnymi (kwiaty i świeczka na talerzyku uplecionym z liści). Po pudży puszcza się je na wodę, prosząc boga Sziwę o pomyślność dla rodziny i przyjaciół. W Waszym imieniu puściłam już kilka koszyczków. Mam nadzieję, że zadziałają. (...)

Całuski wielkie ze świętego miasta, Beata

 

2. Nepal, 27 kwietnia

Namaste,

Od tygodnia włóczę się po Katmandu. Akurat maoiści ogłosili strajk, więc wszystkie sklepy są zamknięte, a na prowincji raz po raz wybuchają bomby. Ale mój kolega Amerykanin, który był w służbach specjalnych, twierdzi, że to są małe bombki, prawie że szkolne i rzadko kiedy zabijają.

Wczoraj dotarłam do rodziców aktualnej Kumari – żyjącej boginki. Jak może wiecie, wybiera się tu kilkuletnią dziewczynkę na boginię i zamyka w klasztorze. Nepalczycy modlą się do niej, zwłaszcza kiedy dzieci chorują albo przytrafi się im coś złego. Pytałam kilku Nepalczyków – wszyscy mówili, że wierzą w żyjącą boginię. Kumari przestaje być Kumari, kiedy osiąga dojrzałość. Wtedy szuka się jej następczyni. Proces jest żmudny, zawsze jest kilka kandydatek, trzeba uważać, żeby wybrać właściwą.

Rodzice bogini żyją w zwykłym, ciasnym mieszkaniu w centrum Katmandu. Ojciec jest artystą-malarzem, a mama zwykłą kobietą zajętą domem. Aktualną boginię można zobaczyć w okienku klasztoru, pod warunkiem, że wrzuci się do pudła datek. Nawet bogowie myślą dziś tylko o kasie!!!

Jutro rano idę na 10 dni do klasztoru na kurs buddyzmu. Mój kolega Amerykanin twierdzi, że ja w końcu zwariuję od tych wszystkich medytacji i godzin jogi, jakie sobie aplikuję. Na razie czuję się jednak dobrze.

Jeśli nie dam Wam znać w najbliższych miesiącach, to znaczy, że mi się spodobało w klasztorze. Możecie mnie wtedy znaleźć w Kopan Monastery pod Katmandu.

Całuski, Beata

 

3. Indie, Kalkuta, 12 czerwca

Namaste,

Wszystkich zaniepokojonych moim losem zawiadamiam, że jutro wylatuję do Bangkoku, co zresztą nie ma już większego znaczenia, bo w tym tygodniu wojna chyba nie wybuchnie.

Myślałam, że w Dharamsali spędzę miesiąc, pomedytuję, nauczę się masażu indyjskiego, a tymczasem atmosfera była taka, że nie wyobrażałam sobie nauki jogi. Właśnie kolejne państwa wzywały swoich obywateli do opuszczenia Indii i cudzoziemcy czym prędzej ewakuowali się z miasta. Popołudniami, kiedy odjeżdżały autokary, główną ulicą Dharamsali ciągnęli turyści z wielkimi plecakami, a Tybetańczycy stali na progach domów, sklepów i na balkonach, odprowadzali ich wzrokiem, szepcząc: Wyjeżdżają. Cudzoziemcy, którzy zostawali, patrzyli na tamtych jak na zdrajców. Ale w mieście Dalaj Lamy coraz mniej było cudzoziemców. Kiedy zaczęli wyjeżdżać Izraelczycy, zaniepokoiłam się nie na żarty. Do tej pory mówili twardo, że wojny się nie boją, bo mają ją u siebie i że się nigdzie nie ruszą. W końcu atmosfera była taka, że i ja wyjechałam, a w mieście pozostali już tylko dziwacy – jak pewien Amerykanin z piórami powtykanymi we włosy – oraz młodzi ludzie, którzy mówili, że trzeba myśleć pozytywnie, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Blondynka i Izrael

Nagrodę im. Beaty Pawlak za 2006 r. otrzymali Beata Pawlikowska za „Blondynkę na Kubie” i Paweł Smoleński za „Izrael już nie frunie”. Prócz nagrodzonych, kandydatami byli Wojciech Albiński i Tomasz Mazur.

Zgodnie z wolą fundatorki, „Polityka” jest współpatronem nagrody, a nasz redakcyjny kolega Adam Szostkiewicz przewodniczy jej kapitule.