POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 31 (2767) z dnia 2010-07-31; s. 97

Stomma

Ludwik Stomma

Logika getta

W „Gazecie Wyborczej” Wojciech Karpieszuk omawia wyniki sondażu, przeprowadzonego przez IBOS na temat imigrantów. Tytuł już mówi wszystko: „Afrykanie są OK. Ale niech siedzą cicho”. Dalej dowiadujemy się, iż: „Największy sprzeciw budzi ślub syna lub córki z Afrykaninem. Akceptuje go tylko 45 proc. Polaków (ściślej Polaków z dużych miast, gdyż ankietę przeprowadzono w Warszawie, Białymstoku i Włocławku – LS). Badacze podkreślają, że Polacy w deklaracjach prezentują względną otwartość wobec integracji z imigrantami. Jednak wymagania, jakie stawiają przybyszom, ujawniają zakamuflowany sprzeciw i poczucie wyższości – powinni dostosowywać się do otoczenia, stać raczej w cieniu, nie forsować własnego zdania. Jak się już osiedli u nas Afrykanin, to niech się nie wychyla, żyje skromniej i siedzi cicho – komentuje Paweł Średziński. – Z badań nie wynika, że jesteśmy rasistami, ale widać, że nasze uprzedzenia wynikają z braku wiedzy o obcej kulturze. Że mamy lęki przy pierwszym kontakcie z innym – ocenia dr Stanisław Mandes z Instytutu Socjologii UW...”.

Jakże to wszystko ładnie powiedziane: „lęki”, a nie niechęć „przy pierwszym kontakcie”, co sugeruje, że przy drugim spotkaniu z asfaltem będzie lepiej, przy trzecim lepiej jeszcze, a przy czwartym harmonia, zgoda i świat się zaśmieje, byle asfalt siedział cicho, w kącie i nie podrywał pszenicznowłosych i niebieskookich polskich dziewcząt. „Z badań nie wynika, że jesteśmy rasistami” – stwierdza dr Stanisław Mendes.

Chciałem więc zapytać pana doktora z Instytutu Socjologii UW, czym jest dla niego rasizm? Bo dla mnie akurat tym właśnie, co opisują wyniki sondażu. „Afrykanie są OK”. „Mam nawet dobrego kolegę bambusa...”. Stary, przedwojenny dowcip mówił, że najłatwiej poznać antysemitę po tym, że ma żonę Żydówkę, co jeśli chodzi o sanacyjnych pułkowników nie było tak całkiem bezzasadne. I zapewne, czego premier, generał Felicjan Sławoj-Składkowski przykładem, nie mieli oni do Żydów uprzedzeń religijnych czy antropologicznych. Sławoj stanowczo sprzeciwiał się pogromom, a jednocześnie popierał ekonomiczny bojkot Żydów. Była to właśnie ta sama logika: Niech sobie będą, nawet w potrzebie krawiec żydowski się przyda, ale niech siedzą cicho, na marginesie, niech się nie wzbogacają, bo to kole w oczy, broń Boże nie wysuwają żadnych żądań, a już przede wszystkim nie zabierają głosu w sprawach publicznych, zarezerwowanych dla prawdziwych Polaków, którzy zwyciężyli pod Grunwaldem, zginęli w katastrofie pod Smoleńskiem i ukoronowali Najświętszą Marię Pannę na królową kraju.

Taka jest właśnie logika getta, która ongiś prowadziła do tworzenia odrębnych dzielnic, a dzisiaj polega przede wszystkim na spychaniu na marginesy milczenia, nie w pełni uprawnienia i obywatelskiej drugorzędności. Nie jestem tak radykalny jak Claude Levi-Strauss, który uważał, że rasizm zaczyna się już w momencie rozróżniania. Ale jednocześnie nie wierzę, że zaczyna się on dopiero z Nathanem Betfordem Forrestem i jego Ku-Klux-Klanem czy bandytami, którzy pobili czarnego na polskiej ulicy, albo durniami, którzy w pociągu PKP obrzucali moją czarną studentkę, sądząc tchórzliwie, że nie rozumie, epitetami, pośród których skojarzenia zoologiczne można jeszcze uznać za najłagodniejsze.

Piszę to wszystko pod wrażeniem reakcji na paradę tzw. mniejszości seksualnych w Warszawie. Były, oczywiście, kontrmanifestacje. Jakaś podeszła w wieku pani krzyczała spazmatycznie do usłużnie jej podsuniętych telewizyjnych mikrofonów, że „ci zboczeńcy to nie jest Polska!”. Młodzież wszechpolska od morza do morza usiłowała rzucać jajkami i skandowała, że „Polska jest jedna”, co było akurat nie na temat, gdyż nikt tego dnia jedności Białegostoku z Wrocławiem nie kwestionował. Chcieli pogromu, ale sprawnie interweniowała policja. Zresztą – jak pisze James Palmer – „Pogrom jest swoistym świętem motłochu”. Motłoch zaś znajdzie się zawsze i wszędzie, działa na ogół tak samo, wrzeszczy to samo, przez co staje się nader mało interesujący.

Potem przyszedł jednak telewizyjny, radiowy i prasowy czas polityków i intelektualistów. Cóż mieli nam do powiedzenia ich prawicowi przedstawiciele – Gowin, Jurek etc. Oni znają już podstawy politycznej poprawności. Gdzie motłochowi do nich! Mówili więc, że rozumieją, dostrzegają, ale są to sprawy intymne, bolesne, wybiegające poza i w ogóle będące poza, innymi słowy sprawy, które oni ewentualnie rozważą w głębi swoich sumień (aczkolwiek jedynie słuszny i prawnie akceptowalny jest tylko związek kobiety z mężczyzną), które jednak nie powinny ukazywać się na powierzchni, a tym bardziej być obiektem gorszących pochodów. Dokładnie i do znudzenia to samo: możecie sobie być homoseksualistami, lesbijkami, transwestytami, łaskawie nie będziemy się nawet wami brzydzić, ale siedźcie z tym cicho, nie mówcie o tym i udawajcie, że was nie ma, bo zakłócacie obraz świata i łamiecie prawo, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]