Czwartek, 17 maja 2012
Wypożyczyć można na przykład Homoseksualistę, Mordercę, Żyda, Muzułmanina, Bezdomnego czy Anarchistę. Do Żywej Biblioteki może przyjść każdy, a egzemplarz wypożyczyć bezpłatnie. W tej bibliotece ludzie występują w roli książek.
Żywe Książki to ludzie, którzy zdecydowali się opowiedzieć czytelnikowi coś o sobie. Pochodzą zazwyczaj z grup społecznie nieakceptowanych. A czytanie polega na rozmowie z osobą, której zadaniem jest zweryfikowanie fałszywych przekonań na jej temat.
Aby porozmawiać, najpierw trzeba zarejestrować się u bibliotekarza i odebrać kartę czytelnika. Wybrany z katalogu egzemplarz po pół godzinie należy oddać w nienaruszonym stanie, zarówno psychicznym, jak i fizycznym. Bibliotekarz sporządza karty katalogowe, czyli opisy, aby każdy chętny mógł zapoznać się z problemami osoby, z którą chce porozmawiać. Pomysł Żywej Biblioteki zrodził się 10 lat temu w Danii i był protestem wobec agresji i nietolerancji. Miał zachęcić do zapoznania się z prawami człowieka i powodować wzrost świadomości na temat stereotypów i ich społecznych konsekwencji. Zgodnie z założeniem, że najlepszą formą zrozumienia inności jest bezpośrednie z nią spotkanie.
Organizując podczas muzycznego festiwalu w Roskilde w 2000 r. pierwszą Żywą Bibliotekę, jej założyciele zapewne nie sądzili, że pomysł w ekspresowym tempie osiągnie popularność na świecie, a edycje zagoszczą na stałe w kilkudziesięciu krajach. Od 2003 r. jednym z głównych promotorów programu ŻB jest Rada Europy, a większość spotkań organizuje się w bibliotekach publicznych, ośrodkach kultury czy na muzycznych festiwalach Europy, od Portugalii po Ukrainę.
Polską edycję Żywej Biblioteki po raz pierwszy zorganizowało Stowarzyszenie Lambda z Warszawy w ramach imprezy „Globalna Wioska – Święto Różnorodności”. Na stołecznym placu Konstytucji pojawił się wówczas ogromny namiot, w którym przez cały dzień prezentowały się polskie i zagraniczne organizacje pozarządowe, promujące prawa człowieka. Rodzima edycja odbywa się w kilku największych miastach.
Mimo że u nas funkcjonuje standard poprawności politycznej w narodowo-katolickim wydaniu, z dyskryminacją homoseksualizmu i niezgodą na zapłodnienie in vitro, ŻB lokuje się bardziej w nurcie poprawności europejskiej, która nie obraża ludzi z racji ich przynależności do grup społecznych, na tle rasowym i światopoglądowym. W Danii idea zrodziła się spontanicznie, natomiast w Polsce wydaje się być polityczna.
– ŻB może zorganizować każdy. Organizacją, która nas wspiera i doradza, jest Human Library, której ŻB jest oficjalną metodą. Prawnej licencji nie ma, a konwencja jest grzecznościowa – wyjaśnia Dorota Mołodyńska-Küntzel, koordynatorka projektu z wrocławskiej Mediateki.
Zapraszane Książki często są pracownikami organizacji pozarządowych, Domu Spotkań Angelusa Silesiusa z Wrocławia, które znają problemy wykluczonej grupy i prowadzą dla nich poradnictwo. Dlaczego więc Żywa Biblioteka nie robi furory? Być może dlatego, iż jej założenia tkwią nieco w społecznej próżni, a sam projekt jest skierowany do młodych ludzi z niszowych środowisk związanych z organizatorem.
Odwiedzający ŻB to najczęściej osoby wykształcone i w trakcie spotkania raczej nie ma szans, aby ktoś zapalczywie bronił swoich racji. Więc robi się letnio.
– Ten projekt nie polega na łamaniu stereotypów. Byłoby naiwnością twierdzić, że uda się to zrobić w 30 minut. Szukamy kontekstu w najbliższym otoczeniu, a potem tworzymy listę tytułów, które wydają nam się ważne. Nie zaprosimy osób, które nie poradziły sobie ze swoim problemem. Musieliśmy też zminimalizować ryzyko potencjalnej agresji, jaka mogłaby zaistnieć w trakcie takiej konfrontacji, więc zapoznajemy czytelników z regulaminem – mówi Mołodyńska-Küntzel.
Dla przykładu na Węgrzech kilka lat temu w jednej z edycji bestsellerem stał się nazista, a w Holandii grupa De Mensenbieb uruchomiła specjalny Bibliobus, mobilną wersję ŻB na kółkach, aby docierać do grup społecznych zgromadzonych na imprezach masowych. Kto pierwszy w Polsce odważy się na zmiany? Wątpliwości potwierdza jedna z Książek.
– Muszę przyznać, że byłem mocno spętany i ograniczony czasem spotkania i czułem kaganiec tego miejsca. Trzeba się spotykać na głębszych poziomach, a tutaj po pół godzinie pojawiała się bibliotekarka i przerywała rozmowę. Część ludzi przychodziła trochę jak do cyrku, jakby małpy chcieli pooglądać. W kuluarach było słychać, że Książki chciały rozmawiać więcej i dłużej. Ale zostałem zaproszony i musiałem się trzymać organizacyjnych kanonów – przyznaje Trzeźwy Alkoholik. I po chwili namysłu dodaje: – Zaprosiłem do ŻB skazanego za morderstwo kolegę z zakładu karnego. Miał duże powodzenie i w przerwie zapytałem go o refleksje na temat tej akcji. Spojrzał na bibliotekarkę i powiedział: idea jest dobra. A to, co się tutaj dzieje, to jest trochę za malutkie.
Trzeba mieć odwagę, aby tak manifestacyjnie być innym. Marcin ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]