Czwartek, 17 maja 2012
Adam Krzemiński: – Filozof Ralf Dahrendorf już w latach 80. zapowiadał koniec wieku socjaldemokracji. Potem był jeszcze krótki wzlot New Labour Blaira i schröderowskiego Nowego Centrum. Ale dziś europejska socjaldemokracja jest chyba w odwrocie?
Martin Schulz: – To prawda, w wielu krajach UE utraciliśmy władzę. Jeden z naszych problemów polega na tym, że naszą retorykę przejęły partie centrowe i prawicowe. Naszym zadaniem na początku XXI w. jest wykazywanie sprzeczności między obietnicami i rzeczywistością rządów konserwatywnych.
To prawda, że konserwatyści ukradli wam język. Sarkozy chętnie cytuje Marksa.
To dobry przykład. Sarkozy mówi: więcej państwa, więcej kontroli, mniej kapitalizmu. Ale w praktyce wprowadza: mniej państwa, mniej kontroli, za to więcej swobód dla kapitału. Między jego autoreklamą i codzienną polityką jest przepaść. Także i my w ciągu ostatnich 20 lat nie bardzo trzymaliśmy się zasady, by mówić tylko to, co rzeczywiście możemy zrobić, i robić tylko to, co obiecaliśmy.
Obok konserwatystów również socjaldemokraci ulegali nacjonalistycznemu populizmowi. We Francji straszył „polski hydraulik”, w Niemczech „polski glazurnik”. Socjaldemokratyczni związkowcy zazdrośnie bronili swego stanu posiadania, domagając się blokady dla konkurencji ze Wschodu.
Drobna korekta. Obcokrajowcami straszył współtwórca Partii Lewicy [Die Linke – radykalna lewica odwołująca się do marksizmu – red.] Oskar Lafontaine. O zagrożeniu przez „polskich glazurników” mówił szef chadeckiej CSU Edmund Stoiber. Natomiast socjaldemokrata Franz Müntefering rzeczywiście pomstował na szarańczę spekulantów walutowych, którzy pustoszą całe kraje. Ale ma pan rację: również partie socjaldemokratyczne na ponadnarodowe mechanizmy gospodarcze starały się znajdować przede wszystkim narodowe recepty. Do tego byliśmy przyzwyczajeni. Tymczasem trzeba wrócić do ojców założycieli z XIX w. Tworzyli międzynarodowy ruch socjaldemokratyczny, twierdząc, że bezpieczeństwo socjalne można wywalczyć tyko środkami międzynarodowymi. Dziś jest to bardziej aktualne niż kiedykolwiek.
Dziś chodzi o to, by rozpasany kapitalizm spekulacyjny nie podkopał naszej demokracji. Dlatego musimy mu narzucić ponadnarodowe regulacje. Będzie to możliwe tylko wtedy, gdy na płaszczyźnie międzynarodowej przeforsujemy socjaldemokratyczną ideę równoprawnego udziału w zasobach gospodarczych i państwowych. Dzięki wewnętrznemu rynkowi UE dysponujemy już odpowiednimi narzędziami wobec producentów. Natomiast nie mamy ich wobec rynku pracy. Wywalczenie na płaszczyźnie międzynarodowej sprawiedliwego udziału w dobrobycie jest główną ideą europejskiej socjaldemokracji na XXI w.
Czy jednak koszula nie jest bliższa ciału. W czasie kryzysu Opla każdy myślał, by to w jego kraju koncern utrzymał produkcję i miejsca pracy. W 2009 r. jakoś nie było znaczących strajków solidarnościowych belgijskich, polskich i niemieckich pracowników Opla...
Ponieważ nie mamy unijnego prawa strajkowego. Ponieważ nie mamy europejskiej rady zakładowej, która prowadziłaby negocjacje płacowe z koncernem. W takiej sytuacji łatwo wygrywać zakłady w jednym kraju przeciwko zakładom w drugim. Gdyby strajkowano wszędzie solidarnie, to koncern miałby problem.
Ale gdy już zaczniemy solidarnie strajkować, to producenci wypną się na naszą wspólną politykę socjalną i wywędrują do Azji.
Nie sądzę. Na to Europa jest zbyt atrakcyjna. Kapitał to nie sarenka, którą płoszy jedno srogie spojrzenie. Europa to pół miliarda względnie zamożnych konsumentów. To atrakcyjny rynek, z którego tak łatwo się nie odchodzi.
Ale przemysł tekstylny i stoczniowy już odszedł.
Firmom, które przenoszą produkcję do Azji, można stawić czoła, wprowadzając w UE odpowiednie standardy. Na przykład nie dopuszczając na europejski rynek produktów wytwarzanych w wyniku niewolniczej pracy dzieci. Mamy też narzędzia, by poprzez międzynarodową współpracę bronić się przed szantażem ze strony ponadnarodowych koncernów.
Na to trzeba być u władzy. Tymczasem w ubiegłym roku SPD – po 11 latach w rządzie – spadła ze schodów. U nas w 2005 r. SLD niemal skręcił sobie kark. Obie partie wcześniej przysunęły się do koncepcji neoliberalnych i coś dla swych krajów zrobiły. Po czym wyborca srogo je ukarał.
Rok temu istotnie ponieśliśmy ciężką klęską – zaledwie 23 proc. to najgorszy wynik w historii Republiki Federalnej. Ale dziś mamy w sondażach 30 proc. – tyle samo co rządząca chadecja. Ludzie przekonali się, że Angela Merkel dopóty była dobrym szefem rządu, dopóki pilnowali jej socjaldemokraci. Teraz biega z tym dziwnym ministrem spraw zagranicznych i ludzie chwycili, że ten rząd jest do niczego. Po obecnym rządzie federalnym widać, że zapatrzenie w sondaże paraliżuje go.
Nasi kanclerze, Willy Brandt czy Helmut Schmidt, działali zgodnie z zasadą: najpierw dobro kraju, a dopiero potem partia. I obaj za to płacili. Obaj też nie przeczekiwali problemów, jak Helmut Kohl i Angela Merkel, lecz się z ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]