POLITYKA

Sobota, 27 maja 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 14-16

Temat tygodnia

Łukasz Wójcik

Lunatycy

Dla Kaczyńskiego wojna o Tuska to tylko kolejna okazja do poprawy krajowych notowań. Dla Polski – mimowolny krok w stronę wyjścia z Unii Europejskiej.

Po ubiegłotygodniowym kryzysie „Polska kontra reszta Europy” i wyborze – wbrew polskiemu rządowi – Donalda Tuska na drugą kadencję jako szefa Rady Europejskiej nasuwa się zasadnicze pytanie: czy szereg niekoniecznie ze sobą związanych posunięć taktycznych, często nawet reaktywnych, może się złożyć na mimowolną decyzję o charakterze dziejowym? A konkretniej: czy Jarosław Kaczyński i jego otoczenie to strategiczni lunatycy, którzy mogą krok po kroku wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej?

Wieczorem po klęsce w głosowaniu w sprawie Tuska Kaczyński nazwał pomysł wyjścia Polski ze wspólnoty bzdurą. W tym tonie wypowiadał się już nie pierwszy raz. Zresztą w samym PiS nie brakuje euroentuzjastów, choć nie zajmują dziś eksponowanych stanowisk. Jednocześnie w partii rządzącej rośnie przeświadczenie, że pojedyncze starcia z Brukselą dobrze jej robią: dookreślają wroga – tym razem zewnętrznego, przez co pomagają w mobilizacji członków i szerzej – wyborców. Im ostrzejsze starcie, vide konflikt o Trybunał Konstytucyjny z Komisją Europejską, tym silniejsze zwarcie szeregów.

Seria takich starć może jednak w końcu doprowadzić do sytuacji, w której wyjście z Unii zostanie uznane za naturalną konsekwencję wydarzeń. Przepracował to już David Cameron, który dla wewnętrznych korzyści (pacyfikacji buntu we własnej partii) zarządził referendum w sprawie Brexitu. Pewnego dnia w Polsce, tak jak rok temu w Wielkiej Brytanii, presja wyborców rozgrzanych antyunijną retoryką może być już tak duża, że Kaczyński – nawet jeśli nigdy tego nie planował – nie będzie miał już wyjścia i doprowadzi do Polexitu. Jak lunatyk, niekoniecznie świadomie, pchnie Polskę w geopolityczną przepaść. Starcie o Tuska bardzo zbliżyło nas do tego momentu.

1

Pierwszy pomysł na wykorzystanie Jacka Saryusza-Wolskiego pojawił się w PiS już jesienią ub.r. za sprawą Jarosława Gowina. Wówczas jeszcze dominowała koncepcja, aby Saryuszem-Wolskim zastąpić Witolda Waszczykowskiego w MSZ. Pomysł z wystawieniem Saryusza przeciwko Tuskowi wyklarował się w styczniu, ale zwlekano. – Zgłoszenie jego kandydatury dopiero na pięć dni przed głosowaniem w Radzie Europejskiej było zamierzone – mówi europoseł PiS. – Pomysł był prosty: wrzucimy granat do szamba i zobaczymy, co się stanie.

W sprawie Tuska Kaczyński od początku był w defensywie. Dysonans między krajową opowieścią o byłym premierze ze smoleńską krwią na rękach a ewentualnym poparciem przedłużenia jego kadencji w RE byłby niezrozumiały dla wyborców. Zresztą wówczas jeszcze dość powszechne były w PiS opinie, że Tusk – mimo niewątpliwego braku neutralności – jednak przysłużył się Polsce w Brukseli, m.in. budując koalicję za sankcjami przeciwko Rosji, hamując rozjeżdżanie się Unii i przede wszystkim – wbrew temu, co dziś opowiada PiS – odcinając się od polityki gościnności wobec imigrantów Angeli Merkel.

Jeszcze latem 2016 r. za prolongatą dla Tuska był nawet europoseł Ryszard Czarnecki, obecnie ostry krytyk szefa RE. Największymi zwolennikami „akceptującej neutralności” wobec Tuska mieli być premier Beata Szydło i wiceszef MSZ Konrad Szymański. Kalkulacja była następująca: wstrzymać się od głosu i sprzedać to potem w kraju jako prawie sprzeciw. Chodziło przede wszystkim o to, aby nie zniechęcić do PiS tych Polaków, którzy co prawda nie głosowali na Platformę, ale są dumni z Polaka „prezydenta Europy”.

Wszystko się zmieniło na przełomie roku. – To wtedy po kilku rozmowach Waszczykowskiego z zachodnimi przywódcami do Kaczyńskiego dotarło, że w razie czego Unia jest gotowa na wojnę o Tuska – mówi cytowany już europoseł. Wojnę, której ze strony polskiej jeszcze nikt nie wypowiedział. Ale mógłby, jeśli miałoby się to jakoś politycznie opłacić.

PiS nie wystawił Saryusza-Wolskiego, aby ten pokonał Tuska. Od początku był to zabieg taktyczny, obliczony na wywołanie chaosu i zaskoczenia w Unii. Chaos – już w Polsce – miało też wywołać opowiadanie o „polskim kandydacie”. Chodziło o wykorzystanie wyobrażenia Polaków o wyborach prezydenckich, choć wybór przewodniczącego RE rządzi się zupełnie innymi prawami.

Kaczyński był przygotowany na oba scenariusze: zarówno na zwycięstwo Tuska, jak i na jego przegraną z jakimś „kandydatem ostatniej chwili”. Oczekiwanie na Nowogrodzkiej było takie, że Unia jednak ugnie się w ostatnim momencie, bo nie będzie chciała upokorzyć polskiego rządu. Wówczas porażkę Tuska można by było przedstawić jako wielki sukces Kaczyńskiego, „nowego rozgrywającego Europy”. A przegranego po powrocie do kraju ciągać po sądach i komisjach śledczych.

2

Kaczyński wyraźnie nie spodziewał się jednak klęski 1:27. Choć jej zapowiedzi były widoczne. 28 lutego Rada Unii, złożona z ministrów środowiska, przyjęła stanowisko negocjacyjne w sprawie zaproponowanej przez Komisję Europejską reformy systemu handlu ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]