Czwartek, 17 maja 2012
W Anglii, kto jest absolwentem jakiej uczelni, poznaje się po krawacie. W Polsce, gdy ktoś rzuci nazwisko Omelan, Kuźma, Kucejko, wiadomo, że studiował na Uniwersytecie Warszawskim. Nazwiska oficerów studium wojskowego – jak i samo studium – przeszły do legendy.
Absolwenci każdego rocznika UW od lat 50. po 80. twierdzą, że słyszeli na własne uszy opowieść płk. Omelana o tym, jak został dowódcą plutonu: „Działo się to w czasie działań II wojny światowej. Pewnego razu siedzimy sobie w okopie pod kulami. Wtem dowódca mówi mi: Omelan, wyjrzyjcie no, sprawdźcie, co tam dzieje się na przedpolu. To ja mu na to: Sami sobie, obywatelu plutonowy, wyjrzyjcie. No i on wyjrzał. W ten sposób zostałem dowódcą plutonu”.
Inna kultowa postać studium UW płk Matuszczyk (zwalisty, o tubalnym głosie, mocno zaciągający) używał w charakterze przecinków słów „niestety” oraz „poniekąd”. Omawiając typy różnych min przeciwczołgowych zamurował kiedyś słuchaczy frazą: „Miny te są na wyposażeniu armii Wielkiej, niestety, Brytanii i Związku, poniekąd, Radzieckiego”.
– Oficerowie w studium wojskowym mieli poczucie, że praca tam to zesłanie i degradacja – twierdzi Marek Przybylik, student geografii w latach 1964–71, dziennikarz, prywatnie badacz wpływu wojska na życie intelektualne studentów. – Mieli nas za kupę obiboków i durniów. My mieliśmy podobne zdanie o nich.
Dzisiaj nie sposób ustalić, który z oficerów wylądował w studium dlatego, że jego obecność w jednostce, gdzie były trzymane prawdziwe rakiety, bomby i miny, była zbyt niebezpieczna; kogo zesłano za malwersacje albo pijaństwo. Nie sposób nawet ustalić imion oficerów. W 1991 r., gdy zlikwidowano szkolenie studentów, wszelkie dokumenty, przynajmniej w studium UW, jako tajne lub poufne przewieziono do archiwum wojskowego w Modlinie. Leżą tam nieopisane.
System szkolenia studentów zmieniał się często. W latach 50. mieli oni szkolenie wojskowe raz w tygodniu, a po studiach – miesięczne przeszkolenie. W latach 60. – 2 tygodnie non stop w semestrze i dwa obozy letnie; po I i po IV roku. Po marcu 1968 r. wrócono do systemu zajęć w mundurach co tydzień, plus dwa obozy, żeby w 1972 r. zrezygnować z cotygodniowego szkolenia w mundurze. Absolwenci wyższych uczelni szli na rok do wojska (tzw. SOR, czyli szkoły oficerów rezerwy), potem skrócono im służbę do pół roku.
Tak czy siak studenci co jakiś czas przebierali się w mundury i lądowali na innej planecie.
Jak chorąży Woś dostał etat konia
– My mieliśmy wojsko co sobotę – wspomina Tomasz Miecik, w latach 1951–55 student geografii UW, potem dziennikarstwa. – W mojej kompanii byli m.in. Jerzy Urban i Andrzej Mularczyk, dowódcą plutonu zaś zapalony wówczas wojak – Ryszard Kapuściński. Miecik pamięta, jak pełnił służbę wartowniczą w studium, które wówczas mieściło się w Instytucie Geografii, na parterze. Straszny był upał, więc z Mularczykiem rozebrali się do slipek. Nagle pukanie do drzwi, inspekcja z komendy miasta; paski pod brodą, broń nabita. Godzinę trwało spisywanie, czego to wartownicy nie mieli na sobie, bo wedle wojskowych standardów nie można było napisać w protokole, że po prostu byli w samych slipach.
Potem inspekcja ruszyła na dół, do magazynu broni, gdzie trzymano stare mosiny bez amunicji i z przewierconymi zamkami. Wartownik, owszem, wrzasnął: Stój! Kto idzie?, ale gdy usłyszał, że inspekcja i że ma pokazać, czy broń czysta – oddał karabin. Zaczęła się awantura, przyjechał płk Poździk, dowódca studium, i to blednąc, to czerwieniąc się, wysyczał: „Rozumiecie, proszę ja was, braci to ja bym kazał rozstrzelać, ale was, proszę ja was, niestety nie mogę”.
Kapral Szymuś, szef kompanii na obozie letnim w Muszakach, nadużywał zaimka „mi” („Zapiąć mi rozporek”, „trzymać mi krok”, „umyć mi nogi”). Kiedy chłopcy odbierali tzw. sorty mundurowe i zostawiali w depozycie cywilne ciuchy, kapral wyceniał depozyt dyktując pisarzowi: „Buty, zapisać mi 10 zł”. „Ależ obywatelu kapralu, to są buty amerykańskie” – protestował przeciwko tak niskiej wycenie właściciel. „Amerykańskie, mówicie?”. Był to 1952 r., Stalin w pełni sił. „No to zapisać mi jeden złoty”. Andrzej Mularczyk opowiedział o „mi” kaprala Szymusia Romanowi Bratnemu, który właśnie pisał „Kolumbów rocznik 20”. W powieści jeden z żołnierzy LWP z desantu zza Wisły nadużywa zaimka „mi”.
Prawdziwą gwiazdą studium UW lat 50. był porucznik Ruciński. Bardzo chciał uchodzić za inteligenta. Modna była wówczas tzw. gra półsłówek, zabawa polegająca na zamianie pierwszych liter lub sylab dwóch wyrazów. Kiedy Ruciński w drodze na ćwiczenia usłyszał od studentów, jak można przerobić „larwa jak kuleczka” i „bój w hucie” („stój Halina” mu nie sprzedali) – ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]