POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 14 (3105) z dnia 2017-04-05; s. 19-21

Polityka

Tomáš ForróGrzegorz Rzeczkowski  [współpr.]Andrzej Jagodziński  [tł.]

Mali agenci

Wyrzucanie oficerów, degradacje, mobbing i samobójstwo jednego z nich. Ludzie Macierewicza rozbili polski kontrwywiad i zamrozili jego najważniejszy projekt.

Kiedy po raz pierwszy pojawiły się publiczne informacje o szykanach, rzecznik MON Bartłomiej Misiewicz nazwał Waldemara K. „zwykłym, chorym, 60-letnim pracownikiem administracyjnym, który i tak już odszedł ze służby”. To zdanie, w którym nie ma ani jednego prawdziwego słowa, pokazuje, jak działa szef MON Antoni Macierewicz i jego ludzie, dla których insynuacja, manipulacja, wręcz jawne kłamstwa są ulubioną bronią stosowaną w niszczeniu każdego, kto stanie na drodze. Gdy Misiewicz wypowiadał te słowa, Waldemar K. miał 50 lat, nadal był w służbie i to nie jako pracownik administracyjny, ale pułkownik kontrwywiadu z 20-letnim stażem, ostatnio na stanowisku zastępcy naczelnika Zarządu Bezpieczeństwa Informacji SKW.

Zaszczuty

Waldemar K. zajmował się kontrolą przetargów i wydawaniem certyfikatów bezpieczeństwa dla firm współpracujących z polskimi służbami. Przez jego ręce przechodziły nie tylko przetargi na zamówienia dla tajnych służb, ale też najważniejsze zakupy dla polskiej armii – od śmigłowców bojowych po kluczowy dla ochrony polskiego nieba system antyrakietowy Wisła.

Kontrolował przetargi przeprowadzane na rzecz Centrum Europejskiego Kontrwywiadu NATO, jednostki założonej wspólnie przez polskie i słowackie służby wojskowe, której jednym z głównych zadań jest demaskowanie rosyjskiej dezinformacji, choć nie tylko. To właśnie zaangażowanie w budowę CEK sprowadziło na niego czarne chmury. Koledzy pułkownika pamiętają, że gdzieś w listopadzie 2015 r., czyli tuż po tym, gdy SKW zostało przejęte przez ludzi Macierewicza z Piotrem Bączkiem na czele, zaczął się skarżyć na atmosferę w pracy. – Opowiadał o naciskach, żeby donosił na ówczesnego szefa CEK i jego ludzi. Miał dostarczać informacji o rzekomo podejrzanych firmach zaopatrujących Centrum, choć do żadnej nie miał zastrzeżeń. Nie chciał dać się wciągnąć w polityczne gry nowej ekipy – mówi znajomy pułkownika z SKW.

W grudniu 2015 r. zorientował się, że z jego sejfu zniknęły tajne dokumenty, za które był odpowiedzialny. Zwierzał się bliskim, że w pracy straszą go prokuratorem i na dodatek grożą mu oskarżeniem o to, że rzekomo za łapówkę doprowadził do wydania certyfikatu bezpieczeństwa firmie, której nazwa nigdy nie padła. I tak dzień w dzień. W dodatku jego bezpośrednią przełożoną została… niedawna sekretarka – Beata Z. (wcześniej stanowisko to zajmowali oficerowie w stopniu pułkowników), która wcześniej nie mogła zostać funkcjonariuszem SKW, bo nie przeszła testów psychologicznych. Jak wynika z dokumentów ze śledztwa prokuratorskiego, SKW po przejęciu władzy przez PiS zajęła się głównie szukaniem dokumentów mających skompromitować poprzedników.

Pułkownik wpadł w ciężką depresję. Bał się, że wraz z oskarżeniem zostanie pozbawiony środków do życia. Jak mówią znajomi, był prawie przekonany, że jego bliscy zostaną bez pieniędzy i dachu nad głową – dom pod Warszawą zbudował za kredyt. Nie wytrzymał obciążenia. 25 maja 2016 r. około południa powiesił się we własnym garażu.

Sprawę śmierci pułkownika badała prokuratura. Początkowo, w złożonych w śledztwie zeznaniach padało nazwisko bezpośredniego przełożonego pułkownika – Mariusza K. Waldemar K. miał wielokrotnie skarżyć się właśnie na niego. O jego zachowaniu jeden z jego współpracowników miał powiedzieć, że „nawet kapral wie, kiedy przestać”. W śledztwie padły też nazwiska innych członków kierownictwa SKW, którzy podobno wiedzieli o całej sprawie i nie reagowali. Ale w końcu nawet najbliżsi koledzy Waldemara K. z SKW, którzy pozostali w służbie, nagle stracili pamięć. W kręgu ludzi związanych z kontrwywiadem mówi się o naciskach i groźbach wobec każdego pracownika, który ośmieliłby się przełamać zmowę milczenia. Kontrola była bezpośrednia – oficerowie zeznający w śledztwie w pewnym momencie zaczęli chodzić do prokuratury w towarzystwie prawnika SKW.

– Zdobyty materiał dowodowy jest tak przekonujący, że osoby odpowiedzialne za przyczynienie się do śmierci Waldemara K. już dawno powinny zostać pociągnięte do odpowiedzialności za popełnienie tych czynów – uważa Antoni Kania-Sieniawski, adwokat, który reprezentuje ofiary szykan w SKW. Mimo to prokuratura pod koniec lutego 2017 r. śledztwo umorzyła. Prawnik zaskarżył umorzenie do sądu. Epilogiem tej historii jest pismo, które jeszcze w trakcie śledztwa SKW wysłała do prokuratury. Napisano w nim, że służba nie ma żadnych dowodów, jakoby Waldemar K. miał wziąć łapówkę.

Polska zagrożeniem?

Wróćmy do CEK. To utworzona po rosyjskiej aneksji Krymu, czyli pod koniec rządów PO, instytucja, która miała rozpoznawać nowe zagrożenia zza wschodniej granicy i przygotowywać specjalistów z NATO do ich neutralizowania. Chodziło m.in. o&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]