POLITYKA

Piątek, 22 września 2017

Polityka - nr 36 (2721) z dnia 2009-09-05; s. 12-14

Temat tygodnia

Janina Paradowska

Manewry jesienne

To ma być gorąca jesień, pełna społecznych protestów i polity­cznych sporów. Tym razem kampania wyborcza zaczyna się już naprawdę; do wyborów prezydenckich został tylko rok. To już ostatnia prosta.

Reelekcja Lecha Kaczyńskiego, która dziś wydaje się zadaniem nieosiągalnym, jest chyba ostatnią szansą PiS na zachowanie politycznych wpływów; wygrana Donalda Tuska zaś jedyną nadzieją Platformy na sprawniejsze rządzenie, bez usprawiedliwień, że nic zrobić się nie da, bo przecież prezydent i tak zahamuje. Każde zresztą ugrupowanie ma nadzieje związane z tą jesienią: na zajęcie jak najlepszej pozycji startowej przed wyborami prezydenckimi i samorządowymi, aby w rok później w miarę płynnie przejść do wyborów parlamentarnych.

Sezon zaczął się bez sensacji, bo też przerwy wakacyjnej polska polityka sobie nie zafundowała. Powstanie medialnej koalicji PiS i SLD, awantura o cywilną kontrolę nad armią, rytualny spór o generałów, tym razem podległych szefowi MSWiA, awantury o stocznie i wreszcie czas rocznic sprawiły, że polska polityka tym razem sezonu ogórkowego nie miała, może tylko nieco zwolniła rytm.

Platforma gwałtownie traci poparcie, PiS rośnie – doniosła na początku minionego tygodnia „Rzeczpospolita”, a wszystkie media komentowały to wydarzenie na czołówkach jako nadzwyczajną sensację.

Badacze opinii rzucili się objaśniać, że PO straciła w notowaniach, gdyż nie udało się wybrnąć z kłopotów ze stoczniami, wybuchł skandal związany ze słabym ponoć wyposażeniem polskich wojsk w Afganistanie, za co polityków i bliżej nieokreślonych biurokratów ostro zaatakował dowódca wojsk lądowych. To już jest ten trend schyłkowy Platformy – można było usłyszeć – który musiał nadejść.

W dwa dni później sytuacja była już inna, czego zresztą, patrząc na doświadczenie kolejnych sondaży, należało się spodziewać. Platforma ma najlepsze notowania od stycznia, znów chce na nią głosować 55 proc. wyborców, a PiS spada, gdyż poprzeć chce je tylko 24 proc. – doniosła „Gazeta Wyborcza”. W reszcie stawki w zasadzie bez zmian: PSL na progu wyborczym, SLD w okolicach 10 proc. Wyjaśnienia badaczy i komentatorów też tradycyjne. PO nie zaszkodziły perturbacje ze stoczniami, poradziła sobie z kryzysem w MON, sytuacja gospodarcza jest zaskakująco dobra. Po prostu PO wymyka się schematom, nie bardzo wiadomo zresztą dlaczego.

Tak czy inaczej, nikomu na razie nie udało się przełamać stabilizacji panującej w polityce. Czy będziemy ją tłumaczyć brakiem alternatywy dla PO, pamięcią o rządach PiS czy wyjątkową zdolnością premiera do wyczuwania, czego oczekują jego wyborcy, bądź też słabością opozycji (każda z tych spraw ma jakieś znaczenie), jest ona faktem i dotychczas żadna prognoza, że następuje widoczna i rzeczywiście trwała zmiana, się nie sprawdziła.

Gdyby rzeczywiście działał taki mechanizm, jaki obserwowaliśmy często w przeszłości – że władza się zużywa i przychodzi moment, że zostaje przekroczona masa krytyczna zawiedzionych nadziei – zapewne pozycja Platformy byłaby dziś o wiele słabsza. Rząd PO, którego notowania są oczywiście niższe niż partii, popełnia błędy i grzechy zaniechania, wyraźnie w zbyt wielu sprawach boi się opinii publicznej.

Swego coraz głębszego rozczarowania taką Platformą nie ukrywają lewicujące kręgi opiniotwórcze. Najbardziej widoczne stało się to przy okazji debat nad wetem do kolejnej wersji ustawy medialnej, kiedy to część środowisk twórczych oddała się pod patronat prezydenta, na Tusku nie zostawiono suchej nitki, jako na premierze, który nie ma żadnego wyczucia potrzeb kulturalnych, żadnej wizji rozwoju cywilizacyjnego czy modernizacyjnego Polski.

Gdyby wpływ tych środowisk na opinię publiczną był rzeczywiście znaczący, załamanie poparcia dla PO można byłoby uznać za murowane. Tymczasem nawet badacze komentujący wyniki ostatniego niekorzystnego dla Platformy sondażu, tej najostrzejszej fali krytyki nawet nie odnotowali.

Alternatywy za mgłą

SLD nie jest i nie będzie alternatywą dla duopolu PO-PiS, przynajmniej pod obecnym kierownictwem i w obecnej politycznej formie. Zapowiedzi kolejnego okrągłego stołu lewicy na razie brzmią pusto. Jeśli przy okrągłym stole mają zasiąść Grzegorz Napieralski, Marek Borowski, Dariusz Rosati, Leszek Miller, jeśli wielką zdobyczą SLD ma być Marek Balicki, to żadnej nowej jakości z tego nie będzie. Formuła SLD zużyła się, następcy Aleksandra Kwaśniewskiego nie widać, a środowiska inteligencji, związane choćby z „Krytyką Polityczną”, niezależnie od anachroniczności wielu poglądów, jakoś nie mają chęci, a może odwagi, aby politykowaniem zająć się w realu, a nie tylko w publicystyce.

SLD może stać się natomiast wygodnym koalicjantem dla PiS i porozumienie medialne, a właściwie medialny podział łupów – mimo wszystkich zaklęć, że go nie ma – otwiera drogę do nowych konstelacji. Jest sukcesem PiS, które nabywa nieco koalicyjnej zdolności i wcale nie musi powodować gwałtownego odpływu zwolenników Sojuszu, bowiem programowo, zwłaszcza w sferze ekonomicznej, oba ugrupowania bardzo wiele łączy (POLITYKA 34).

Kierownictwo SLD musi więc zadać sobie pytanie, czy trwanie w opozycji przez lata jest jakąkolwiek szansą ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]