POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 17 (3108) z dnia 2017-04-26; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Marsz na marsz

Byliśmy bardzo ciekawi, jakie wyniki przyniesie sondaż POLITYKI na temat dzisiejszych lęków Polaków. Przyznam, że nie spodziewałem się aż takiej dominacji lęku przed uchodźcami i terrorystami nad wszystkimi innymi społecznymi strachami. W kraju, do którego uchodźcy w ogóle nie dotarli, gdzie prawie nie ma muzułmanów i gdzie nie było (odpukać) żadnego zamachu terrorystycznego, taki wynik świadczy przede wszystkim o sile i skuteczności propagandy antyimigranckiej, uprawianej i promowanej przez władze. Komentujący badanie zwracają uwagę, że padamy ofiarą strachu bez twarzy, a więc tym groźniejszego, bo nieznanego, wyobrażonego. Społeczeństwa, które realnie, na co dzień, spotykają się z uchodźcami, postrzegają ich bardziej jako problem niż zagrożenie. Ba, nawet zdarzające się zamachy – jak choćby tuż przed wyborami we Francji – wywołują, owszem, powszechne oburzenie, potępienie i współczucie dla ofiar, ale nie panikę. U nas poziom lęku „przed Arabami” jest szczególnie wysoki na wsi, dokąd jako żywo nie docierają żadni imigranci, ale dociera TVP. W sumie badanie daje jednak obraz dość optymistyczny: radzimy sobie jakoś z codziennymi i realnymi kłopotami, boimy się zapożyczonych. Mamy kolejne potwierdzenie, że polityka wnosi w nasze życie dodatkowy niepokój i napięcie, wyolbrzymia zagrożenia, zaostrza diagnozy, podkręca język; spokojne i w miarę ogarnięte społeczeństwo wpycha w stan strachu i drżenia.

Ponieważ mamy w tym roku bardzo długi weekend, wiele osób obiecuje sobie reset, ucieczkę od zatruwającej życie polityki. Niestety, byłbym sceptyczny: komu polityka jest mniej więcej obojętna, nie musi się resetować; kto się przejmuje – nie może. Od wyborów weszliśmy w okres polityki totalnej; rozlewa się ona na wszelkie instytucje państwa i obszary życia. Trudno znaleźć grupę społeczną, która nie byłaby już, albo będzie za moment, w polu rażenia władzy. Nauczyciele, urzędnicy państwowi i samorządowi, wojsko, służba zdrowia, spółki Skarbu Państwa, media, dyplomaci, sędziowie, naukowcy, biznes prywatny. Wobec każdego środowiska przedstawiciele władzy mają jakieś plany, na ogół zmierzające w jednym kierunku: narzucenia kontroli. Wszelkie zapowiadane i wprowadzane zmiany, bez względu na preteksty i uzasadnienia, zwykle niczego nie doskonalą, nie poprawiają; odarte z retoryki i propagandy, sprowadzają się głównie do rewolucji kadrowej, usunięcia lub zneutralizowania potencjalnych przeciwników, wzmocnienia pozycji ludzi lojalnych wobec partii. Wiele przyjmowanych rozwiązań powstaje w trakcie, niejako na żywo, bez patrzenia w przyszłość, bez konsultacji, bez czytelnego planu – poza tym jednym: państwo i społeczeństwo ma być podporządkowane „centrum decyzyjnemu”. Całe polityczne instrumentarium służy temu jednemu celowi – umocnieniu władzy.

Dla materiału ludzkiego poddanego tej, zaskakującej skalą i bezwzględnością, obróbce nie ma wyboru: albo uległość, albo opór. Choć PiS ma już w państwie 130 proc. władzy – bo część nienależnych uprawnień partia przygarnęła, łamiąc konstytucję – opór społeczny wciąż nie został przełamany. Na 6 maja planowana jest wielka manifestacja opozycji, która ma tak naprawdę otworzyć nowy sezon publicznych protestów. Wskutek wewnętrznego kryzysu KOD (zapewne będzie trwał, dopóki w końcu nie odejdzie kontestowany lider ruchu Mateusz Kijowski) inicjatywę przejmują tym razem partie i środowiska zawodowe. Ostatnie demonstracje przybierały różne formy – od zebrania prawie miliona podpisów pod referendum szkolnym, przez planowe przerwy w pracy sądów, po spontaniczne powitanie Donalda Tuska – ale wielki marsz jest opozycji bardzo potrzebny, znów w tym samym celu: policzyć się, dodać sobie otuchy, wysłać władzy kolejne ostrzeżenie.

To nie jest tak, że te „spacery” nie mają znaczenia, przeciwnie – widać, że w obozie władzy następują wyraźne podziały, że zaczyna się spór o strategię i personalne strefy wpływów, coraz ostrzej atakują się wzajemnie czołowi politycy i prawicowe media. Sprawa Misiewicza, teraz Berczyńskiego, komentowana jest jako kompromitacja Macierewicza i w ogóle sprawy smoleńskiej; Andrzej Duda po publicznej skardze na lekceważenie ze strony Macierewicza odważył się skrytykować innego lidera PiS Zbigniewa Ziobrę. Zamilkł Jarosław Kaczyński. Nawet Duda zaczął wirtualnie przegrywać z Tuskiem. Opozycja, mimo wszelkich wobec niej zastrzeżeń, jest dziś – nie tylko sondażowo – najmocniejsza od wyborów.

Wciąż nie wiadomo, jak władza zareaguje na tę coraz wyraźniejszą zmianę koniunktury politycznej (także w Europie). Sygnały są sprzeczne. Niby PiS nadal nie ustępuje: Zbigniew Ziobro powiedział, że w przejmowaniu „demokratycznej kontroli” nad sądami nie cofnie się o krok; pani premier Szydło potwierdziła, że żadnego referendum oświatowego nie będzie; prokuratura, jak nie teraz, to w jakiejś fazie prac komisji Amber Gold, może postawić Donalda Tuska w stan oskarżenia i próbować go prawnie wyeliminować z polskiej polityki; CBA już od roku przeczesuje urzędy i ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]