POLITYKA

Niedziela, 25 czerwca 2017

Polityka - nr 22 (2809) z dnia 2011-05-25; s. 116-121

Na własne oczy

Adam Komarnicki

Matki z placu Majowego

Emerytki z własnym radiem, gazetą oraz radykalnymi poglądami politycznymi. Ich znakiem rozpoznawczym jest charakterystyczne nakrycie głowy. Brzmi znajomo? Pozory mylą. Jesteśmy w Buenos Aires.

Jeśli demonstracja w Buenos Aires, to tylko na placu Majowym. Przenośnych barierek, które otaczają pałac prezydencki, zwany potocznie Różowym Domem, nie wynosi się nawet na noc. Ale dziś jest gorące czwartkowe popołudnie i nawet sprzedawcy pamiątek nie mają ochoty zaczepiać snujących się po placu turystów. Mimo to niedaleko stojącego pośrodku placu obelisku, symbolu wolności, zaczynają się powoli zbierać ludzie. Na pierwszy rzut oka to demonstranci, ale policjanci z zaparkowanej w pobliżu furgonetki nie wydają się nimi specjalnie zainteresowani. Nie bez powodu – trudno sobie wyobrazić, że grupa starszych kobiet w białych chustach na głowie zaatakuje Różowy Dom.

Zbliża się godz. 15.30 i grupka liczy ok. 40 osób. Atmosfera jest piknikowa – widać, że staruszki się znają. Mija jeszcze pięć minut i demonstrantki rozpoczynają marsz wokół obelisku. Kobiety w białych chustach idą w pierwszym rzędzie, za nimi reszta grupy. Wszyscy spokojnym krokiem robią kilka rund, ze zrozumieniem reagując na wycelowane w nich aparaty fotograficzne teraz już trochę bardziej ożywionych turystów. – Ze względu na upał postanowiłyśmy chodzić trochę krócej – wyjaśnia przez megafon korpulentna kobieta w zasłaniających pół twarzy okularach słonecznych. To Hebe de Bonafini, energiczna szefowa Matek z Placu Majowego. Ta wyrosła w trakcie dyktatury wojskowej lat 70. organizacja jest od niedawna ważnym graczem na scenie politycznej w Argentynie.

Nie ma ciała – nie ma zbrodni

Większość dziarskich staruszek przyszła na plac po raz pierwszy w kwietniu 1977 r. To był akt desperacji, gdy nie uzyskały audiencji u urzędującego wówczas w Różowym Domu Jorge’a Videli, u którego szukały informacji na temat swoich zaginionych dzieci oraz mężów. Lata 1976–83 to czarny okres w historii Argentyny. Na polecenie rządzącej krajem wojskowej junty tajna policja, a czasem po prostu zwykłe bojówki porywały przeciwników reżimu: z ulicy, domu, pracy. Trafiali bez wyroku do tajnych obozów i więzień, tam ich torturowano i większość zabijano. Do pozbycia się dowodów służyły tzw. loty śmierci – ciała, a często żywych ludzi, wyrzucano z samolotu do Atlantyku lub do rzeki La Plata. Przez policję porwani byli uznawani za zaginionych, a władze oficjalnie nic na temat tego procederu nie wiedziały.

Była to skuteczna metoda pozbywania się i zastraszania przeciwników politycznych. Umożliwiała przy okazji władzy wyparcie się odpowiedzialności za zbrodnie – wyjaśnia Fábián Mettler, historyk z Uniwersytetu w Buenos Aires. Nie ma ciała – nie ma zbrodni, nie ma zbrodni – nie ma winnych, nie ma winnych – nie ma procesu i dowodu na zaangażowanie władzy. Ludzie, mówiła władza, czasami po prostu znikają.

Organizacja Matki z Placu Majowego została założona wkrótce po pierwszym zgromadzeniu na placu. Chodziło o to, żeby i inni się dowiedzieli, że znikają ludzie. Początki były trudne, kilka kobiet porwano i nigdy nie wróciły do domów. Przełom nastąpił w 1978 r., gdy Argentyna stała się obiektem zainteresowania całego świata podczas organizowanych w tym kraju mistrzostw świata w piłce nożnej. Inauguracyjny mecz pomiędzy RFN a Polską odbył się w czwartek 1 czerwca. Uwaga wojskowych oraz międzynarodowych mediów skupiła się na stadionie klubu River Plate, w północnej części miasta; podczas ceremonii w niebo wzleciały białe gołębie.

W tym samym czasie, kilka kilometrów na południe, telewizja holenderska nagrywała przemarsz kilkunastu kobiet wokół obelisku na placu Majowym. Materiał wyemitowano potem na całym świecie.

Matki zaczęły być sławne. Wyjeżdżały za granicę, aby opowiedzieć o losie zaginionych. Reżim nie mógł już z nimi walczyć. Coraz więcej skrzywdzonych kobiet szukało z Matkami kontaktu. Dwa lata później było ich już 2 tys. Zaczęły nosić białe chusty. Zawijały na głowie tetrowe pieluchy, które symbolizowały ich zaginione dzieci.

Od 1979 r. na czele organizacji stoi Hebe de Bonafini. Zanim jej zaangażowani politycznie synowie, Jorge i Raul, zostali porwani, Hebe – jak sama przyznaje w licznych wywiadach – była kurą domową. Potem polityka zabrała jej dzieci i nadała sens dalszemu życiu. Dziś de Bonafini stoi na placu i żarliwie broni niesłusznie, jej zdaniem, wyrzuconego z pracy dyrektora szpitala. Zazwyczaj jednak komentuje wydarzenia polityczne oraz informuje o działalności Matek: zebraniach, wykładach, manifestacjach.

Dom dla obywatela

Matki na placu nie mówią już o zaginionych. Niczyj syn nie wrócił do domu. Hebe wyjaśnia: – Zaczęłyśmy się zastanawiać, co jest teraz dla nas najważniejsze: rozliczenie tych zbrodniarzy czy kontynuowanie dzieła naszych zaginionych dzieci? Było dla nas oczywiste, że to drugie, więc postanowiłyśmy pozostawić rozliczenie junty prawnikom. [pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]