Czwartek, 17 maja 2012
1. Można powiedzieć tak: co innego uprowadzić Eichmanna z Buenos Aires i postawić przed sądem w Izraelu, co innego wywieźć freski Schulza z Drohobycza i postawić w muzeum w Jerozolimie. Jest to oczywiście całkiem co innego, ale dlaczego zostało to tak zrobione, że jedno – tak jest: barbarzyńsko – kojarzy się z drugim? I dlaczego mam (dlaczego mam mieć) akurat tak wysoce ryzykowne skojarzenia, skoro w żadnym wypadku nie chcę mieć akurat tak wysoce ryzykownych skojarzeń? Przecież nie jest tak, że wyłącznie człowiek odpowiada za własne skojarzenia, w jakiejś części człowiek – owszem – odpowiada za własne skojarzenia, ale w niecałej. W tym wypadku za część moich skojarzeń odpowiada Instytut Yad Vashem. Oczywiście w obu przypadkach szło o coś, co z grubsza można nazwać ocaleniem sprawiedliwości dziejowej. Ocalić zbrodniarza przed bezkarnością i ocalić dzieło artysty przed zatratą. Cel w końcu w obu wypadkach niezmiernie chwalebny, metody w obu wypadkach podobne i w swej skrótowości – chciałem z rozpędu napisać: jednakowo skuteczne, ale jednak na razie nie. W przypadku Eichmanna operacja powiodła się w całości – główny architekt ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej został skutecznie uprowadzony i następnie równie skutecznie powieszony, w przypadku Schulza powiodła się jak na razie jedynie pierwsza część akcji: uprowadzenie. Czy w wyniku tego uprowadzenia malowidła autora „Sklepów cynamonowych” zostaną ocalone, do końca pewne nie jest. A jeśli nawet zostaną ocalone, to nie zostaną ocalone na swoim miejscu. Czyli nawet jak zostaną ocalone to i tak będą naruszone.
2. Racje ludzi z Yad Vashem są oczywiste, pragmatyczne, ściśle obliczone. W końcu nie ukrywajmy, bo sami wiemy dobrze: pozostawione w fatalnej spiżarni państwa Kałużnych freski pewnie by zmarniały. Urzędnicy wymienialiby pisma, nie byłoby grosza na prace konserwatorskie, pomysł, aby parę staruszków wykwaterować, przenieść w inne miejsce, a w willi Landaua uczynić muzeum, to utopia czysta, jacyś niefrasobliwi wycieczkowicze raz po raz urywaliby sobie po kawałku tynku na pamiątkę, zdesperowani właściciele, dla których odkrycie w domu ściany z Schulzem miało dalsze konsekwencje literackie, zamieniło mianowicie ich życie w koszmar z Kafki i w groteskę z Mrożka, albo by nieszczęsne malunki usunęli, albo zamalowali, albo w jakiś inny, z pewnością konserwatorsko szkodliwy, sposób zasłonili. W końcu to jest wielkie nieszczęście: odkryć na ścianie we własnej spiżarni malowidła wielkiego artysty. To jest kompletne załamanie życia: dzwonek u drzwi dzwoni nieprzerwanie, obcy ludzie kręcą się po domu, władza okazuje zainteresowanie, strach się ruszyć. Los spuścizny po Brunonie Schulzu losem tej spuścizny, ale męczeński los państwa Kałużnych z Drohobycza to też nie jest pikuś.
3. Racje ludzi z Yad Vashem są oczywiste, pragmatyczne, ściśle obliczone i nie do przyjęcia, ponieważ jest w nich wzgarda. Co innego jest, jak my sami (z trudem i niechętnie) konfrontujemy się z własną niemożnością, co innego, jak kto inny ma pewność naszej niemożności. Wtedy my, gnuśne i mizerne plemiona wschodnie, unosimy się honorem, pozorujemy przedsiębiorczość i groźnie potrząsamy trzcinowymi dzidami. Racje ludzi z Yad Vashem, którzy wiedzieli ostentacyjnie i pewnie, to co my wiedzieliśmy niechętnie i niepewnie, że pozostawione swojemu losowi malunki sczezną, są bolesne podwójnie. Po pierwsze przez to, że oni arbitralnie wiedzieli, że my sobie z własnym znaleziskiem naszego autora nie poradzimy. Po drugie – boleśniejsze – przez to, że oni wiedzieli, że nam to znalezisko jest zabrać tak łatwo. Że tu wystarczy powołać się na władzę, machnąć legitymacją i dać w łapę parę dolarów. Ach rozumiem dramat i biedę państwa Kałużnych, ale nie mogę odżałować, że nie okazali się ludźmi innego pokroju. – Ty mi tu śmieciu jeden za sto dolarów w mojej spiżarni nie będziesz myszkował! Psami poszczuję! Kłonicą pogonię! Paszoł won! Czy taki okrzyk jest w tej części świata rzadki albo niewyobrażalny? Nie, to jest jedno z prazawołań tej – naszej – części Ziemi. Niestety nie rozległo się ono tym razem. (Co oczywiście nie znaczy, że wyrażam w tym miejscu subtelny żal, że właściciele mieszkania nie okazali się jadowitymi antysemitami, bo gdyby się okazali, prace Schulza ocalałyby z pewnością, nie, tak mrocznego paradoksu nie formułuję w żadnym wypadku).
4. Jedynie prawdziwie honorowe wyjście z sytuacji jest takie, żeby teraz skrzyknąć jakąś brygadę konserwatorsko-terrorystyczną i uprowadzone freski odbić. Kto jest za? Nie widzę. Dziękuję.
5. Oczywiście, jak pojadę do Jerozolimy, chętnie tam kiedyś dzieła Schulza w jakiejś muzealnej glorii obejrzę. Ale jak pojadę do Drohobycza, to czemu mam ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]