POLITYKA

Poniedziałek, 27 marca 2017

Polityka - nr 7 (3098) z dnia 2017-02-15; s. 18-19

Polityka

Grzegorz Rzeczkowski

Metropolita warszawski

Kiedyś uchodził za jednego z najbardziej przebojowych polityków PiS, z perspektywą sięgającą szczytów władzy. Nie tylko przez falstart z ustawą warszawską Jacek Sasin ma powody, by martwić się o swoją polityczną przyszłość.

Dobry znajomy Sasina tłumaczy, dlaczego ten podjął się pilotowania projektu, który uczynił z niego głównego wroga samorządów: – Choć działa w dużej polityce i z tego jest znany, to cały czas go do tego samorządu ciągnie, bo tam jest sporo realnej władzy. O tym, że Sasin ma takie ambicje, wiadomo co najmniej od 2014 r., gdy stanął do wyborów na prezydenta Warszawy.

Wielu podejrzewa, że Sasin zgodził się firmować ustawę warszawską (przewidującą przyłączenie do stolicy 32 okoliczne gminy), bo była pierwszą od dawna szansą na zapunktowanie w oczach prezesa. Odbudowanie pozycji w partii nadwerężonej serią porażek. – Kazali mu dać twarz, to dał. W tak ważnej sprawie jak Warszawa odmowa nie wchodziłaby w grę – twierdzi osoba, która zna mechanizmy Nowogrodzkiej.

Prace toczyły się w głębokiej tajemnicy, m.in. pod okiem najbardziej zaufanego z jego ludzi, dyrektora biura wojewody warszawskiego Józefa Wierzbowskiego, z którym zna się od co najmniej 20 lat. Ustawa łącząca Warszawę z ościennymi gminami i wywracająca jej ustrój miała być szybko przegłosowana po to, by parlamentarny blitzkrieg odciął paliwo spodziewanym protestom. Ale wszystko wzięło w łeb, bo projekt wyszedł niedopracowany (Wolne Miasto Podkowa Leśna to tylko drobna ilustracja) i to w chwili, gdy Sasin nie mógł go bronić, bo nie było go w kraju. Niektórzy dopatrują się w tym sabotażu ze strony szefa MSWiA Mariusza Błaszczaka, jednego z najważniejszych wrogów Sasina. Choć obaj znają się jeszcze ze studiów (kończyli historię na Uniwersytecie Warszawskim), mocno rywalizują o pozycję w tzw. obwarzanku warszawskim, czyli powiatach sąsiadujących ze stolicą. Błaszczak mógł się więc poczuć zagrożony, bo o losie obwarzanka decydowałby jego konkurent. Więc ktoś ujawnił przedwcześnie cały projekt.

Po masowych protestach samorządowców, kpinach prasy i prawników, zamiast szybkiej ścieżki legislacyjnej nastąpił więc szybki odwrót. Obietnica szerokich konsultacji oznacza w najlepszym przypadku zamrożenie projektu. Jacek Sasin, niedoszły „metropolita warszawski”, stał się łatwym celem w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach.

Wróg spoza układów

Kłopoty to specjalność tego 47-letniego polityka. Do niedawna jednak ze wszystkich wychodził w końcu obronną ręką. Tak było choćby wtedy, gdy po katastrofie smoleńskiej musiał przejąć stery w Kancelarii Prezydenta, a potem – razem z partią wysłany do opozycji na nowo układać swoją przyszłość. – To facet niesamowicie skuteczny, działa wedle zasady: jak nie wejdę drzwiami, to oknem – mówi działacz PiS z Mazowsza. Tak przynajmniej było do niedawna.

Jego kariera rozwijała się szybko. Między 2004 a 2010 r. pokonał kilka szczebli urzędniczej hierarchii. Z podrzędnego stanowiska kierownika stołecznego Urzędu Stanu Cywilnego wskoczył na fotel wiceszefa Kancelarii Prezydenta, będąc jeszcze po drodze m.in. wojewodą mazowieckim. Miły, uczynny, obiecujący wszystko wszystkim, trzymający się z dala od rywalizujących obozów. Brak protektorów lub koalicjantów pozwala mu unikać zaangażowania w partyjne konflikty, ale też pozbawia osłony w trudnych chwilach.

Paradoksalnie, sypać zaczęło się od ostatnich wyborów samorządowych, gdy Sasin z poparciem PiS rzucił rękawicę Hannie Gronkiewicz-Waltz. Nikt nie dawał mu szans, tymczasem poseł wszedł do drugiej tury, przegrywając z popularną prezydent niewielką różnicą głosów (zdobył ich aż 41 proc.). Ale w tym samym czasie poniósł porażkę, która przesłoniła sukces starcia z Gronkiewicz-Waltz. Przegrał Wołomin, swój matecznik (mieszka w pobliskich Ząbkach), gdzie budował własną pozycję, a zarazem przyczółek PiS w walce o stolicę. Partia Kaczyńskiego, a ściślej ludzie Sasina, rządzili Wołominem od 2010 r. Stanowiska w urzędzie miejskim i powiatowym oraz podległych im spółkach stały się przechowalnią dla kilkudziesięciu pisowskich działaczy. On sam, zanim w 2011 r. wszedł do Sejmu, był pełnomocnikiem burmistrza Wołomina do spraw społecznych z pensją w wysokości prawie 8 tys. zł.

W 2014 r. wszystko się skończyło. Okazało się, że mieszkańcy na tyle mają dość rządów PiS i jego spadochroniarzy ze stolicy, że poparli mało znaną sekretarz sąsiedniej gminy Kobyłka Elżbietę Radwan, która dziś głośno protestuje przeciwko powiększaniu Warszawy. Przegrał nie tylko urzędujący burmistrz z PiS, partia straciła również władzę w powiecie. – PiS po wyborach jest w nich najsilniejszy, więc było mu najbliżej do stworzenia większości. Ale Sasin negocjował koalicje tak, że udało mu się zrazić potencjalnych partnerów i zjednoczyć wszystkich przeciwko PiS – mówi lokalny polityk. Tak zaczęła się seria falstartów Jacka Sasina.

Owszem, w 2015 r. wszedł ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]