Czwartek, 17 maja 2012
Trylogia Stiega Larssona „Millenium” podbija Europę i prowokuje Szwedów do gorącej dyskusji.
Stieg Larsson zmarł na atak serca tuż przed swoim debiutem. Kilkanaście milionów egzemplarzy sprzedanych książek, tłumaczenia w ponad 40 krajach, filmy nakręcone na podstawie napisanej przed śmiercią trylogii „Millenium” i ostra debata polityczna wokół społecznych treści w jego kryminałach... Tego wszystkiego Larsson nie dożył.
Zmarły w 2004 r., tuż po swoich 50 urodzinach, Stieg Larsson nie był jednak człowiekiem znikąd. Jego życie było równie niezwykłe jak kryminały, które pisał. Walczył ze skrajną prawicą i rasizmem we wszelkich postaciach. Był autorem wielu publikacji na ten temat i ekspertem na tyle poważanym, że Scotland Yard wykorzystywał jego wiedzę w antyterrorystycznych śledztwach, mimo że był aktywnym członkiem lewackiego ugrupowania komunistycznego. Pisał do brytyjskiego antyfaszystowskiego pisma „Searchlight”, ale zarabiał na życie grafiką (świetnie rysował) w szwedzkiej agencji prasowej TT. Potem założył lewicowy magazyn „Expo”. Był cenionym intelektualistą, szanowanym nawet przez politycznych przeciwników.
Stieg Larsson wszystko, co robił w zbyt krótkim życiu, robił dobrze. A nawet za dobrze, co przyczyniło się niewątpliwie do jego przedwczesnej śmierci. Był pracoholikiem i podobnie jak Balzac, który też umarł na serce w wieku 51 lat, podtrzymywał się w pracy bezustannym piciem kawy. Umieram wypiwszy sto tysięcy filiżanek kawy – miał powiedzieć przed śmiercią Balzac. Bohater kryminału Larssona, jego alter ego, dziennikarz Mikael Blomkvist, pije też bez przerwy kawę, którą sam parzy lub jest nią częstowany przez innych (Szwedzi są rekordzistami świata w piciu kawy).
Z pewnością Larsson stanąłby na literackim pomniku, gdyby przeżył. Jest o tym święcie przekonany jego wydawca Svante Weyler ze znanej szwedzkiej oficyny Norstedts. – Był świetnym stylistą, wspaniałym konstruktorem akcji, a jego książki są znakomicie osadzone w realiach społecznych – chwali Larssona Weyler. Rzadko któremu wydawcy zdarza się, iż kandydat na pisarza przynosi mu gotowe do druku aż trzy grube książki oraz zarysy czwartej i piątej. – Mógł pisać wszystko – uważa Weyler.
Autor „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” przejdzie jednak do historii głównie jako reprezentant popularnej w świecie skandynawskiej powieści kryminalnej, której najwybitniejszym dotychczas przedstawicielem był inny znany w Polsce Szwed, Henning Mankell. Larsson przed śmiercią zwierzał się przyjaciołom, że chce przebić Mankella. Jeśli chodzi o dochody z książek, to już mu się to udało. Znany brytyjski krytyk Boyd Tonkin („The Independent”) uważa, iż „Larsson jest bardziej realistyczny i ma ostrzejszy język niż jego rodak Mankell, a jego sztuka pisania odczuwana jest często jak świetnie wyostrzona stal w porównaniu z dobrze obrobionym drewnem Mankella”.
Tonkin podkreśla jednak, że pisarze mają wspólną cechę. Obydwaj podzielają ideologię, że państwo dobrobytu psuje się od głowy. Larsson posługuje się w ilustrowaniu tej tezy fikcyjnym rodem magnatów przemysłowych Vangerów, którzy mieli przybyć do Szwecji z Francji wraz z założycielem dynastii Bernadotte. W przyszłym roku obchodzone będzie jej dwóchsetlecie na tronie. Podobnie długą historię mają też prawdziwe rody magnackie z najbardziej chyba znanymi rodzinami Wallenbergów (przemysł) i Bonnierów (media). Dziś dołączają do nich nowe familie: Kampradów (IKEA), Rausingów (kartonowe opakowania) czy Perssonów (sieć sklepów odzieżowych H&M).
Rody te nie miały w swoim gronie takich potworów jak Vangerowie Larssona: bojówkarzy nazizmu i patologicznych morderców. Niemniej wszystkie nie cieszyły się sympatią społeczeństwa, chociaż ich wkład w rozwój gospodarczy kraju jest niewątpliwy. Podkreśla się, iż bez ich pracy stworzenie szwedzkiego państwa dobrobytu byłoby niemożliwe. Dostrzega to nawet komunista Larsson, który dzieli familię na dobrych i złych Vangerów i martwi się szczerze, że odkrycie przestępcy w ich domu może doprowadzić do upadku rodzinny koncern i odebrać pracę tysiącom prostych ludzi.
Właśnie teraz rozgorzała w Szwecji na nowo debata na temat chciwych kapitalistów, którzy w pogoni za szybkimi zyskami doprowadzili świat do kryzysu. Przyczynkiem była premiera filmu opartego na pierwszej książce Larssona. Ożyły tęsknoty, pojawiające się także w jego książce: za dobrymi kapitalistami, którzy we współpracy z dbającym o stabilizację polityczną państwem budują ekonomiczny dobrobyt. Takim kapitalistą był w przeszłości współdziałający z socjaldemokracją senior rodu Vangerów – Henrik.
W dyskusji nie zabrakło głosu „dobrego kapitalisty” Pedera Wallenberga, syna Jacoba, jednego z historycznych przywódców rodu. „Musimy ponownie postawić – pisze on w „Expressen”, dzienniku należącym do klanu Bonnierów – na umiarkowany kapitalizm, który zaspokaja potrzeby i daje zadowolenie poprzez swoją socjalną wrażliwość i odpowiedzialność za dobro ogółu. Z wielkim żalem – zwierza się – patrzę, jak mój kuzyn Peter otoczył się gronem decydentów, którzy wydają się skoncentrowani tylko na jednym celu: osiąganiu własnych finansowych korzyści”.
Z równą pasją, ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]
Przeczytaj fragmenty książki. Podyskutuj o współczesnych kryminałach na: www.polityka.pl/czytelnia