POLITYKA

Czwartek, 29 czerwca 2017

Polityka - nr 17 (3108) z dnia 2017-04-26; s. 34-36

Ogląd i pogląd

Piotr Buras

Mieć i nie być

Poczucie obcości wobec Zachodu to bez wątpienia najważniejsze źródło kłopotów ministra Szczerskiego i całego PiS z dzisiejszą Unią. Ale cenią płynące z niej korzyści.

Jedno z pytań najczęściej zadawanych przez zagranicznych obserwatorów dotyczy tego, czy poczynania rządu PiS na arenie europejskiej są wyrazem jakiejś strategii czy też bardziej emocjonalnych niż racjonalnych reakcji na pojawiające się problemy. Powodów takich wątpliwości nie trzeba tłumaczyć, zaś rozwiać je jest trudno nawet tym, którzy uważnie śledzą perypetie rządu na brukselskich salonach. W sukurs podejmującym ten wysiłek idzie Krzysztof Szczerski, od niedawna szef gabinetu politycznego Prezydenta RP, a zarazem czołowy głos PiS w sprawach międzynarodowych. W opublikowanej właśnie książce „Utopia europejska. Kryzys integracji i polska inicjatywa naprawy” (wydawnictwo Biały Kruk) nie tylko tłumaczy on przyczyny obecnej mizerii w UE, lecz także kreśli wizję Europy według obozu rządzącego oraz polską „strategię elastycznego wyboru opartego na własnym potencjale”. O tym, że Szczerski jak mało kto w PiS zna się na rzeczy, świadczy nie tylko jego profesorski tytuł z UJ, lecz także wcześniejsze publikacje i imponująca międzynarodowa literatura przedmiotu, do której się odwołuje. W kręgach eksperckich mówi się, że gdyby Krzysztof Szczerski lub Konrad Szymański mieli naprawdę kierować polską polityką europejską (a nie tylko żyrować jej kurs), jej ekwilibrystyka nie wypadłaby tak żenująco.

Tym, co u Szczerskiego uderza najbardziej, jest wyraźny dystans wobec projektu UE w obecnym kształcie. Ten dystans to coś innego niż krytyka, której polityk PiS nie szczędzi zresztą instytucjom unijnym, niektórym inicjatywom integracyjnym, a zwłaszcza strefie euro. Unia jest tworem dalekim od ideału i w wielu kwestiach Szczerski ma niewątpliwie rację. Zwłaszcza kiedy pokazuje wady konstrukcji wspólnej waluty czy ryzyko związane z centralizacją nadzoru budżetowego pozbawionego demokratycznej legitymizacji. W tych sprawach Szczerski trzyma się warsztatu analityka. Zazwyczaj jednak opisując mankamenty Unii, zamiast w czapce profesorskiej występuje w kapeluszu partyjnego ideologa – i wtedy projekt integracyjny zyskuje iście niepokojące oblicze.

Nie tylko dlatego, że „to ostatni moment, by ratować Unię Europejską”. Gorzej, że jej stan, niemal agonalny, jest wynikiem wrogiego przejęcia tego projektu – u swego zarania w latach 50. jeszcze zdrowego i słusznego – przez lewicowo-liberalne elity pokolenia ’68, które realizują swoje „konstruktywistyczne utopie”. Szczerski z pełną powagą pisze, że głównym powodem dzisiejszego kryzysu UE są podejmowane przez „specyficzną kastę ludzi bez właściwości” (elity brukselskie) próby stworzenia „zunifikowanego Europejczyka”, narzucenia lewicowego modelu społecznego oraz wyzbycie się fundamentu chrześcijańskiego. Europa „przemienia się w postkulturowy, postcywilizacyjny czy posttożsamościowy zlepek nieokreślonych sił i procesów” – konstatuje autor. Na świadków tej dramatycznej zapaści przywołuje chrześcijańskich uchodźców z Bliskiego Wschodu, którzy są „przerażeni, jak bardzo ta Europa jest już niechrześcijańska”.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że nie chodzi tu w ogóle o Unię Europejską, jej model polityczny i instytucje, lecz o współczesną Europę jako taką, a zwłaszcza dominujący w Europie Zachodniej system wartości, który PiS uważa za źródło zepsucia i degrengolady (sławetne słowa ministra Waszczykowskiego o wegetarianach i cyklistach były dobrą ilustracją tego nastawienia). To poczucie obcości wobec Zachodu przeżartego sekularyzacją, mulitkulturalizmem, genderem i postmodernizmem są bez wątpienia najważniejszymi źródłami kłopotu ministra Szczerskiego i całego PiS z dzisiejszą UE. Wizja zachodzących w Europie procesów politycznych i społecznych, jaka wyłania się z kart książki, jest frapująca: nie ma w niej miejsca na organiczny proces zmian społecznych i systemu wartości (a wystarczyłoby sięgnąć do klasycznej książki Ronalda Ingleharta „The Silent Revolution”). Nie, świat, w którym żyjemy – jego instytucje, prawa i problemy – nie są w tym ujęciu wynikiem stopniowej ewolucji postaw społecznych (stosunku do kobiet, mniejszości, klimatu czy religii), lecz rezultatem narzuconego im przez jakieś wszechwładne elity projektu ideologicznego. Zaś Unia ma być dzisiaj niczym innym jak tylko instrumentem aplikowania tego lewackiego projektu także tam, gdzie jeszcze ostały się resztki oporu.

Szczerski nie podaje bliżej, jakie działania podejmowane przez instytucje UE (poza krytyką stanu rządów prawa w Polsce) są świadectwem „lewicowego abordażu”. Kiedy pisze, że „w debacie o budowie wspólnego rynku zostały nadużyte założenia wartościujące, dla których podstawę stanowią lewicowe idee polityczne”, trudno nie otworzyć oczu ze zdumienia: jednolity rynek doprowadził do daleko posuniętej liberalizacji, której nie towarzyszyły na poziomie unijnym żadne równoważące ją projekty w sferze socjalnej. To m.in. dlatego wielu ludziom UE kojarzy się z negatywnymi stronami globalizacji i dlatego też dzisiaj dyskutuje się o tzw. filarze społecznym integracji.

Dzisiejsza Unia chyli się ku upadkowi, bo uzurpuje też sobie zbyt dużo władzy i niebezpiecznie zmierza ku federalizacji. Szczerski krytykuje, że w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Piotr Buras to znawca stosunków polsko-niemieckich, dyrektor warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations. Był członkiem prezydenckiej Narodowej Rady Rozwoju, ale zrezygnował z uczestnictwa w proteście przeciw działaniom Andrzeja Dudy w sprawie Trybunału Konstytucyjnego.