POLITYKA

środa, 28 czerwca 2017

Polityka - nr 3 (3094) z dnia 2017-01-18; s. 22-24

Polityka

Ziemowit Szczerek

Między Molvanią a San Sombrero

Witold Waszczykowski niechcący stworzył państwo. Jego San Escobar jest niczym innym jak przejęzyczeniem. Ale błyskawicznie zaczął żyć własnym życiem. I dołączył do wielkiego archipelagu teoretycznych państw.

San Escobar stał się kolejnym funkcjonującym w popkulturze wymyślonym państwem. Na Twitterze i Facebooku powstały profile San Escobaru, a z tych profili można dowiedzieć się m.in., że długoletnią parą prezydencką tego kraju byli Leoncio i Isaura (z nieco zapomnianego, ale dawniej słynnego serialu „Niewolnica Isaura”), ministrem obrony jest grany przez Cezarego Pazurę w „Kilerów 2-óch” José Arcadio Morales, a stolicą państwa jest Santo Subito. W stolicy stoi wielki kiczowaty pomnik odkrywcy kraju – Witolda Waszczykowskiego w stroju antycznego rycerza (w rzeczywistości – pomnik Filipa Macedońskiego ze stolicy Macedonii, Skopje).

Lawina ruszyła i w sieci zaczęło pojawiać się coraz więcej memów i obrazków dotyczących San Escobar. Okazało się, że walutą kraju jest pablo (nawiązanie do Pablo Escobara, który zapewne był ojcem chrzestnym Waszczykowskiego przejęzyczenia), a na awersie banknotu 10-pablowego widnieje „El Commandante” z twarzą Jarosława Kaczyńskiego. W escobarskiej sieci księgarń „Los Empicos de San Escobar” największym hitem jest książka, której okładka jest kopią opakowania kakao, a escobarska prasa donosi, że Polska może nieszczęsne francuskie caracale zastąpić escobarskimi śmigłowcami desperados, uzbrojonymi w rakiety jalapeno. I tak dalej.

Słowem: San Escobar to nic innego jak stereotyp, który „lewicowo-liberalna” Polska posiada na temat Polski prawicowej, tylko że wtłoczony w wyobrażony latynoski kraj. Dość zabawny i niespecjalnie istotny. Przypominać to może słynne „You forgot Poland”, które George W. Bush rzucił w twarz Johnowi Kerry’emu podczas debaty prezydenckiej w 2004 r. Kerry zarzucał wtedy Bushowi, że nie udało mu się zorganizować międzynarodowego poparcia dla interwencji w Iraku w 2003 r. i że udało mu się pozyskać dla sprawy tylko dwa kraje: Wielką Brytanię i Australię.

– Zapomniałeś o Polsce – odpowiedział mu Bush i liberalna, antybushowska część Stanów Zjednoczonych umarła ze śmiechu, uznając, że równie dobrze Bush mógł przywołać Tuvalu czy Tanzanię. W sieci od razu pojawiły się memy, w których relacja Bush–Polska mniej więcej odpowiadała relacji Waszczykowski–San Escobar.

San Escobar zresztą, jako wyobrażony kraj będący zestawem stereotypów na temat regionu, w którym jest lokowany, nie jest niczym nowym: krainy takie istnieją w popkulturze od dawna. Pisałem w POLITYCE (18/14) o wymyślonych przez Zachód krainach w Europie Środkowej i Wschodniej. Na przełomie XIX i XX w. popularny pisarz Anthony Hope wymyślił Rurytanię, która była czymś w rodzaju zacofanej austro-węgierskiej prowincji. W międzywojniu w belgijskim komiksie o TinTinie pojawiła się Borduria, reprezentująca „typową wschodnioeuropejską dyktaturę”. Po drugiej wojnie światowej mieliśmy w światowej popkulturze rozmaite komunistyczne Slakie (Malcom Bradbury) i Brutopie (świat Disneya), a po 1989 r. – zjawiły się m.in. Molvania (kraj z prześmiewczej serii przewodników po wymyślonych krajach „Jetlag”) i Elbonia (państwo z komiksu „Dilbert” Scotta Adamsa) – zatopione w błocie wschodnioeuropejskie pseudodemokracje w wiecznej transformacji i z kompleksem wobec Zachodu. Kto wie, być może niedługo pokaże się w popkulturze wizerunek neo-Bordurii, choć tak naprawdę nigdy do końca z niej nie zniknął.

Europa Środkowo-Wschodnia nie jest oczywiście niczym wyjątkowym. Zachodnia kultura tworzyła wymyślone, stereotypowe państwa również na innych peryferiach: w Afryce, Azji i Ameryce Łacińskiej. W hollywoodzkich filmach akcji na przykład (m.in. „Commando”, „Szklana pułapka 2” czy pierwszy „Predator”) dość często pojawia się tajemniczy środkowoamerykański kraj o nazwie Val Verde. Podobnie jak San Escobar leży gdzieś w okolicy Panamy, Salwadoru czy Gwatemali i jest położoną w głębokiej dżungli bananową dyktaturą, która istnieje tylko dlatego, by amerykańscy filmowi komandosi mieli gdzie interweniować i konwersować łamanym hiszpańskim z lokalnymi chłopami; tak samo jak Rurytania i jej pochodne były potrzebne Zachodowi po to, by jego fikcyjni literaccy czy filmowi przedstawiciele mogli tam przeżywać egzotyczne przygody.

Tworem podobnym do Val Verde jest również kraj o nazwie San Sombrero, wymyślony przez tę samą ekipę, z prześmiewczego przewodnika turystycznego „Jetlag”. Tak więc z opisu San Sombrero dowiadujemy się, że flagą tego kraju jest wojskowy kamuflaż, wojskowe rewolucje, przewroty i pucze są tam bowiem na porządku dziennym. Dowiadujemy się też, że to właśnie w San Sombrero wynaleziono ciemne okulary i cekiny i że każdy, kto mówiąc publicznie o San Sombrero, nie wypowiada z namaszczeniem jego pełnej nazwy – a brzmi ona Niepodległa Demokratyczna Zjednoczona Republika San Sombrero – może pójść do więzienia (nasz San Escobar ktoś w internecie nazwał Ludowo-Demokratyczną Republiką San Escobar).

San Sombrero poradziło sobie z kwestią analfabetyzmu w sposób rewolucyjny i skuteczny: deportowało swoich niepiś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]