POLITYKA

Piątek, 18 sierpnia 2017

Polityka - nr 41 (2726) z dnia 2009-10-10; s. 70

Kultura / Kawiarnia Literacka

Dawid Bieńkowski

Miejsca lepsze, miejsca gorsze

Wiersz Tomasza Różyckiego „Manewry Garnizonu” z tomu „Kolonie”. Podmiot liryczny wyobraża sobie, jak by to było, gdyby żył w Paryżu. Mówi: „Tutaj się urodziłem, tutaj mieszkam, tutaj moi rodzice mają mały sklepik”, a potem dodaje, co znaczy owo bycie paryżaninem: „nigdy nie było żadnej Wschodniej Europy, nie było piwnicy do ukrywania sąsiadów, nie było tych wszystkich transportów i łapanek, nigdy się nie śniło, że chodzą po mieszkaniach”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że są na ziemi miejsca lepsze i gorsze. Jedne leżą pod dobrymi gwiazdami, a inne pod zdecydowanie złymi. Tak się jakoś to składa.

Ach ten Paryż! Miasto wojennego szczęścia. Wiadomo, zajęte w czerwcu 1940 r. właściwie bez żadnych zniszczeń, okupacja niemiecka łagodna i na koniec szczęśliwe powstanie i wyzwolenie, bez zniszczeń. O paryskim sierpniu ’44 opowiada książka „Czy Paryż płonie?”. Pierwotną wersję napisał w 1951 r. Dietrich von Choltitz, komendant garnizonu niemieckiego w Paryżu, potem została ona zbeletryzowana przez Larry’ego Collinsa i Dominique’a Lapierre’a.

Dramatyczny bieg wydarzeń śledzimy z perspektywy von Choltitza. Na początku sierpnia 1944 r. wezwano go do dobrze znanego polskim wycieczkom szkolnym Wilczego Szańca pod Kętrzynem na osobistą odprawę z Hitlerem. Z jego rąk otrzymuje nominację na komendanta Paryża i zadanie obrony miasta za wszelką cenę, bez względu na straty i zniszczenia. Rozkaz Kwatery Głównej Hitlera mówił: „Obrona przyczółka paryskiego ma zasadnicze znaczenie w płaszczyźnie wojskowej i politycznej. W samym mieście należy energicznie zareagować na pierwsze oznaki powstania, stosując środki takie jak wyburzenie całych kwartałów domów, publiczne egzekucje przywódców. Paryż nie może wpaść w ręce wroga; wróg może zdobyć jedynie ruiny Paryża”.

I tutaj uwaga! Następuje punkt zwrotny, przemiana bohatera lub – jak kto woli – do głosu dochodzą opiekuńcze gwiazdy Paryża, które w cudowny sposób oddziałują na von Choltitza. Ten zawodowy niemiecki oficer, zdobywca Rotterdamu, potem Sewastopola, bezwzględnie osłaniający odwrót jednostek niemieckich z frontu wschodniego, po rozmowie z Hitlerem przeżywa wstrząs: „Nabrałem pewności, że jest szaleńcem”. I postanawia sabotować otrzymane rozkazy i uratować Paryż przed zniszczeniem.

Przybywa do Paryża i podejmuje skomplikowaną i ryzykowną grę. Natychmiast poleca saperom założyć ładunki wybuchowe na mostach, stacjach metra, wieży Eiffla. Równolegle próbuje nawiązać sekretne kontakty z ruchem oporu. Spotyka się ze szwedzkim konsulem, by ten nakłonił Amerykanów do jak najszybszego zajęcia miasta. Napięcie podnoszą telefony Hitlera, który coraz bardziej rozwścieczony dzwoni do von Choltitza i wrzeszczy: Czy Paryż płonie?! Wszystko kończy się, jak wiemy, świetnie. Alianci zmieniają kierunek natarcia i wkraczają do Paryża. Niemcy oddają miasto bez walki i bez zniszczeń.

Cóż to za historia! Akcja trzyma w napięciu. Dylematy moralne bohaterów dają nadzieję i wiarę w rozsądek i człowieczeństwo. I wspaniały happy end, który przynosi ulgę. Książka była tłumaczona na wiele języków. Powstał film na jej podstawie, obsadzony gwiazdami.

Paryż miał swojego von Choltitza. Warszawa miała swojego von dem Bacha-Zelewskiego, generała SS. Jego historia też mogłaby być materiałem na książkę. Syn Polki i zniemczonego Polaka, o nazwisku Żelewski, urodzony w Lęborku. Chodzi do gimnazjum w Wejherowie i Chojnicach z Polakami i prawdopodobnie osłuchuje się z językiem polskim. Kiedy wstępuje do NSDAP i SS, wszelkimi sposobami próbuje zatrzeć swoje pochodzenie. Wtedy dodaje sobie do nazwiska Bach. Pogardza Słowianami. Co chce w sobie zniszczyć, od czego uciec?

Na przełomie lipca i sierpnia 1944 r. von dem Bach wypoczywa w Sopocie. Mieszka w Grand Hotelu i chodzi do dobrze znanej wszystkim polskim telewidzom Opery Leśnej na koncerty Wagnera. Kiedy wybucha powstanie, zostaje mianowany przez Himmlera dowódcą oddziałów SS, skierowanych do jego stłumienia. Himmler wydaje rozkaz, z pozoru podobny do tego, który otrzymał von Choltitz. „Ujętych powstańców należy zabijać bez względu na to, czy walczą zgodnie z Konwencją Haską, czy też ją naruszają. Niewalcząca część ludności, kobiety i dzieci, ma być również zabijana. Całe miasto ma być zrównane z ziemią”. Nie wiemy, czy w von dem Bachu nie pojawia się jakakolwiek refleksja, nawet drobna rysa, wewnętrzny konflikt, nie mówiąc o poczuciu, że ma do czynienia z obłędem. Wiemy, że wypełnia rozkaz. Do końca jest wiernym oficerem SS, zimnym profesjonalnym zbrodniarzem. Co się w nim wtedy dzieje? Czy myśli o swojej matce Elżbiecie Szymańskiej?

Bez wątpienia to materiał na książkę. Ruch oporu, Sowieci za rzeką i totalna klęska powstania. Tylko jaki dać jej tytuł? Hitler ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Dawid Bieńkowski (ur. w 1963 r.) pracuje jako psychoterapeuta. Za debiutancką powieść „Jest” (2001 r.) otrzymał Nagrodę Kościelskich. Jest też autorem powieści „Nic” (2005 r.) i „Biało-czerwony” (2007 r.).